Żabson – Internaziomal (2019)

Poetą się bywa, a raperem się zostaje. Od raperów nie wymagam, by byli poetami. Wystarczy, by raper był raperem.

Żabson nim jest. I to by wystarczyło. Za recenzję.

Drugim warunkiem – nie podstawowym – jest to, by raper miał coś do powiedzenia. Cokolwiek. Coś o sobie. O tym, co u niego. Jak się czuje. Co przeżywa. Co go trapi, wkurza, zachwyca, porusza, martwi, ciekawi i niepokoi. Co myśli o świecie. O ludziach. Za czym tęskni. O czym marzy. Nie musi być filozofem ani socjologiem. Nie musi mieć akademickiej wiedzy. Może być krótkowzroczny i nie widzieć dalej niż czubek własnego nosa. Nie musi oglądać się na innych, a jedynie patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Nie ma konieczności, ani wielkiej potrzeby, by sprawnie opowiadał, snuł bogate historie, był dowcipny i zabawny, znał wiele trudnych słów albo umiał cokolwiek sprawnie w nie ubrać. Nie musi też wypluwać ich z siebie z prędkością karabinu maszynowego. Może źle kłaść akcenty, mieć niedobrą dykcję, pisać i nawijać wersy od linijki, Niech będzie nagi, ułomny, słaby, niemądry, pełen wad i niedoskonałości. Wszystko to uczyni go innym od wszystkich. Każda blizna i zmarszczka, każdy ślad zostawiony przez kogoś w pamięci, każda refleksja wynikająca z osobistego doświadczenia – choćby płytka i błaha – sprawi, że będzie człowiekiem. To, co odda – da. A by zostać raperem, by ostatecznie nim być, trzeba wyjść od bycia człowiekiem. I pozostać nim – nie wychodzić z siebie, by zamknąć się w konwencji.

I to tyle, jeśli chodzi o szkic “podstawy programowej”. Takiej, która nie przejdzie.

W programie nauczania (innych), poza okazjonalną dydaktyką ogólną (mordeczko), najlepiej przyjmują się wersy o drogich ciuchach, modelkach wskakujących do łóżka, luksusowych hotelach, marnotrawieniu ogromnych kwot, sławie, narkotykach (nawet one ciągle są te same, co za nuuuda!) i wychodzeniu z biedy (przy jednoczesnym pozostaniu “prawdziwym”, związanym z tymi “prawdziwymi”) trochę się już osłuchały, trochę się jest na nie głuchym, co nie wymaga nawet wcześniejszego osłuchania, które byłoby większe niż przeciętne. Może traperzy przyzwyczaili się do takiej narracji, ale z perspektywy słuchacza trudno odczuwać coś poza znużeniem.

Uczciwie i bez picia (piany) muszę przyznać jedno: Żabson potrafi trochę więcej niż pokazuje, że potrafi. Wszystko na “Internaziomalu” jest wymierzone, precyzyjnie i celnie, skrojone pod nieletniego słuchacza niczym okładkowy outfit, sam artysta zaś mierzy siły na zamiary.* Nie daje z siebie więcej niż to niezbędne, a z siebie – z wnętrza – nie daje właściwie nic.  O niczym nie mówi – po prostu nawija. Nie ma nic szczególnego do powiedzenia – po prostu mówi.

“Internaziomal” to zadowalającej jakości – przynajmniej na tle produktów konkurencji – produkt, który powinien przez dłuższy czas pozostać względnie świeży i zdatny do spożycia. Jednakże tą watą słowną szybko idzie się zapchać (pod koniec, patrz pięć ostatnich utworów, może ona zacząć się…. no… cofać), a ostatecznie danie nie jest sycące ani wykwintne. Wielu spróbuje, wielu będzie smakować, a rzecz przecież w tym, by tych “wielu” było jak najwięcej. To nie tworzenie sztuki jest obecnie sztuką. I nie ma co robić z tego problemu.

Po prostu nie ma co.

* W znaczeniu, w jakim używa się tego sformułowania powszechnie, chodzi o mierzenie zamiarów na siły.


ŻABSON, Internaziomal, Revolume

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *