Z ręką na pulsie (sierpień-listopad)

Blokowisko – Blokowisko (wyd. własne)

Chłodny, poetyzujący post-punk, skutecznie wystudzający każdy zapał i skłaniający ku porzuceniu wszelkiej nadziei. Blokowiska bez budzenia u słuchacza poczucia mezaliansu żenią teksty, których może nie pozazdrościłby Marcin Świetlicki, ale pewnie by się ich nie powstydził, z charakterystyczną dla artystów – raczej hiphopowych – reprezentujących wielką płytę wrażliwością i nieco naiwną literacko-ideową brawurą. Ta muzyka najlepiej smakuje, gdy jest podana naprawdę na zimno, a taki „Panoptykon”, to zakończony powodzeniem – co jest rzeczą wręcz niebywałą – seans spirytystyczny. Jednak można w koldwełwy w XXI wieku, tylko trzeba umieć. O neofolkowe zamknięcie nie będę się burzył, bo i ono nie burzy ogólnego wrażenia. Świetna rzecz.

Posłuchać można tutaj.

Bonsoul – Kiwka fifka rap do piwka (ep) (SoRaw)

Bonson prawdopodobnie najlepszą tegoroczną pozycję w krajowym rapie już nagrał, więc na ten lekki spadek – i zubożenie – formy nie będę się gniewał. Tytuł właściwie oddaje wszystko, niczego wielkiego nie obiecując, a sama epka może przynieść trochę radości. Szczególnie tym, którzy uważają, że pewne toposy i nastroje w twórczości zostały przetrawione niemożliwą do strawienia ilość razy.

Bukowicz – Dyskomfort w głowie (wyd. własne)

Nie wiem, z czego to wynika, ale jest coś bardzo paraliżującego w tej płycie i być może właśnie dlatego nie umiem napisać, iż takie w gruncie rzeczy gotyckie granie to nie dla mnie (“Ostroga” -> “Fascination street”), i że wers o opuszczaniu deski nie pasowałby prawie nigdzie, a na pewno nie pasuje tutaj, i że myślałem, iż choć przez chwilę pośpiewa pani, bo okładka taka ładna, i… No i w pierwszym odruchu, jakże serdecznym, słysząc utwór tytułowy, pomyślałem o kimś, kto zwykł nie znosić tego, co mi się podoba, i jakoś okazywałem w tym wzajemność, że “jej by się Bukowicz [albo lepiej “Dyskomfort w głowie”, bo zazdrośnik ze mnie] spodobał”, i chyba się nie myliłem. Jednak póki nie mam absolutnej pewności, doceniam ten materiał. Może nawet bardziej niż bym chciał (przyznać?).

Posłuchać można tutaj.

By The Spirits – We Are Falling (wyd. własne)

Fakt nagrania utworu z Death in Rome nie jest dyskwalifikujący, więc nie uprzedzam się do By the Spirits na starcie, ale mijają lata, a nadal jedyna darkfolkowa płyta z wokalami, którą lubię, to “Kveldssanger”. Przy czym wokale są tam elementem najsłabszym. “We Are Falling” niczego w tej materii nie zmienia, choć rozumiem, że osobom niemającym takich uprzedzeń może się ona podobać. Trudno bowiem wymyślić i nagrać w tej niszy coś bardziej… kompetentnego. Jest we mnie jednak jakiś wewnętrzny opór wobec takiej muzyki, więc jedyne, co mogę zrobić, to nie odjąć po złości punktu od oceny i przypiąć niestygmatyzującą etykietkę “dla fanów”.

Posłuchać można tutaj.

cichon/loboda – nie my film (Cowshed Records)

Dziesięć minut muzyki w klimatach (dark) ambient/downtempo. Bardzo przyjemnej muzyki.

Posłuchać można tutaj.

Dawid Podsiadło – Małomiasteczkowy (Sony Music)

Pierwsze dwie płyty Dawida Podsiadły nie były ani dobre, ani złe, ale utwory z polskimi tekstami wyraźnie odstawały na nich od reszty. Teraz wypadałoby zapytać, czy on do reszty… Bo teraz jest w całości po naszemu. To odsuwa na dalszy plan, w odległe tło, przedzierzgnięcie się nieinwazyjnego pop rocka w nieinwazyjną elektronikę, bo taka zmiana gdzieś się po drodze dokonała. Sam artysta się taką ulizaną wersją Taco (“poetyka” rzeczonych tekstów), ale nie stał się postacią charyzmatyczną (pleonazm, nie?). Dopóki nie rozumie się wersów (ot, ładnie brzmią), dopóty muzykę można można skwitować wzruszeniem ramion. Inaczej raczej się nimi wzdryga. Według mnie – męka.

Forever Fatale – 0Rh- (ep) (wyd. własne)

Forever Fatale może wypełnić wielką pustkę, jaką poczyniła w sercu moim grupa Sorry Boys tym zniknie… To znaczy od czasu, kiedy stała się glamour i nagrywa (potencjalne?) muzyczne tła prezentacji jesiennych ramówek TVN-u. Na “0Rh-” słychać pewną rezerwę potencjału, ale nie ma co podchodzić z rezerwą do epki. Moje podejście jest pełne nadziei, bo jak Bela może rzeczywiście jest ładna, więc na twarz wspomnianej formacji pasuje, tak chciałbym, by Zofia, stojąca za Forever Fatale, okazała się mądra. Tym bardziej że to taka nasza Hope Sandoval. I niechby to nie była wyrachowana mądrość. Pierwszy utwór – do sprawdzenia koniecznie. Pozostałe – czemu nie.

Posłuchać można tutaj.

Fronda – Szanta (enjoy life)

Może ta dekonstrukcja nie rozkłada na łopatki, ale niewątpliwie frapuje. Tak może brzmieć piosenka żeglarska w wykonaniu osób, które nigdy nie były pod żaglami. A już na pewno jest dla tych, którzy od takich klimatów – nie tylko muzycznych – stronią. W chwilach, gdy kojarzy mi się z drugą płytą múm (a są takie), jest naprawdę pięknie.

Posłuchać można tutaj.

Janusz Jurga / Docetism – Jurga / Docetism (wyd. własne)

Wprawdzie jak tak się ostatnio rozejrzałem, to widać po drzewach, że idzie jesień (edit: no, teraz to zima), ale póki to nie nastąpiło, warto się przejść. Usiąść gdzieś w cieniu drzewa albo nad wodą wielką i czystą, by przyglądać się przebiegającym obłokom. Znacząco przysłużyć się może w takiej kontemplacyjnej eskapadzie dzieło dwójki zasłużonych dla rodzimej sceny odwołującego się raczej do natury niż tradycji klubowej delikatnego techno (przy czym Maciej Banasik jest na niej wręcz weteranem) twórców, którzy dzielą między siebie – niemal idealnie po równo, a lubię symetrię – trzydzieści trzy minuty (i “naddane” siedemnaście sekund). Naturalnym punktem odniesienia będzie Gas, a że wbrew temu, czego się dowiedziałem w odpowiedzi na wypunktowanie pełnej uprzedzeń wypowiedzi (“Ty jesteś gorszym rasistą, bo nienawidzisz swoich”), nie nastawiam się przeciw własnej – sam nie wiem, grupie etnicznej czy narodowości – i potrafię ten split postawić na równi z “Narkopopem” czy “Rauschem”. Docenienie przychodzi bez konieczności wspomagania się substancjami – może i naturalnymi – które mogłyby percepcję zmienić, rozszerzyć lub zaburzyć. Zresztą lepiej uczyni to opisywany split.

Wracając do pierwszego zdania, tak właśnie zrobię.

Posłuchać można tutaj.

Kmieciu/matthev.goldberg – Od ’06 płynę (wyd. własne)

Kmieciu płynie od ’06, więc to nie ten (MC) Kmieciu, który w dwa tysiące piątym został zjedzony przez Terminatora podczas battle w radiu. Jeśli stwierdzę, iż słychać, że zaczynał dawno temu, w innych czasach, to będzie podwójny komplement. I choć Dinal nie żyje we mnie, to nadążam za tą nieco anachroniczną nawijką, a strumień myśli Kmiecia wydaje mi się całkiem świeży i ożywczy. Niby nic wielkiego, ale ponoć trzeba cieszyć się z małych rzeczy. Serce ponad technikę!

Posłuchać można tutaj.

Kortez – Mini dom (Jazzboy)

Trzy nowe utwory, jeden ze ścieżki dźwiękowej filmu “Kamerdyner” (w pełnej wersji), trzy powtórki z poprzedniej epki. Właściwie i pełna płyta, i tamten minialbum były dla fanów, ale “Mini dom” to już w ogóle. Nowe fragmenty wydają się słusznie przeleżane, a znane wcześniej – poza “Już nie pamiętam” – nie (po)ruszały. Można posłuchać dla tych stu czterdziestu siedmiu sekund pod numerkiem cztery.

Krew – Fiolet (Trzy Szóstki)

Downtempo, a na pewno witch house, to niekoniecznie moja bajka, ale perspektywa zmienia mi się chociażby przy takiej – nomen omen – “Perspektywie”.”Fiolet” daje trochę wytchnienia od rzeczy nadmiernie angażujących uczuciowo i emocjonalnie. Choć jak sobie przypomnę, że to ulubiony kolor pewnej osoby, to… No ale jak zapomnieć o moich preferencjach i odłożyć na bok smutne sentymenty, to słucha się tego przyjemnie.

Posłuchać można tutaj.

Kropki – Two Sketches for Empty Stage (wyd. własne)

Kropki są chyba już bardziej indie niż post, poza tym teraz śpiewa głównie pani, ale nadal jest na tej dość asekuracyjnie zatytułowanej epce (?) czego słuchać i czym się ekscytować. Trochę dziwnie brzmi to zdanie, zważywszy na to, iż mowa o zespole, który pozostaje trochę niezauważony. Czekałem na te dwa utwory dwa lata, niektórzy pewnie ponad dwa razy dłużej, i rozczarowany jestem głównie tym, że to tylko dwa utwory (szkice).

Posłuchać można tutaj.

Kukiz & Perverados – Wyspa zielona (Universal)

Kiedyś był jednym z najpopularniejszych polskich muzyków rockowych – wokalistą, kompozytorem i tekściarzem, znanym z grup Aya RL, Emigranci i przede wszystkim Piersi. (…) Kukiz, od zawsze bawiący się pastiszem w ramach muzycznego nurtu społeczno-politycznego, prezentuje album składający się z dziewięciu utworów w adekwatnej stylistyce muzycznej, od disco-polo na trzech dźwiękach, przez patetyczny protest-song, big-beatowy sznyt, po brzmienia rocka a la przełom 80/90.
(źródło: kultura.onet.pl)

Ta notka informacyjna – po drobnej redakcji – jest najlepszą recenzją “Wyspy zielonej”. Nie mam pojęcia, czemu w ogóle słucham nagrań prawicowego (;() polityka (!!). Pan Miller, kolega ze sceny, podpowiadał (z jej drugiej strony), po czym poznaje się mężczyznę. Teraz wypada (s)kończyć.

Leśniewski / Nowacki – Live (Music Is The Weapon)

Można powiedzieć, że to tylko budowanie klimatu i napięcia, ale to wręcz zdumiewające, ile napięcia można wywołać i jaki klimat stworzyć, gdy arsenałem środków są dwie gitary. I nic więcej. Zresztą w przypadku tego duetu nie od dziś wiadomo, że jest o co robić hałas.

Posłuchać można tutaj.

Moira – I (wyd. własne)

Punk dla metali / metal dla punków. Nawet jeśli nie pogodzi zwolenników obu stylistyk, to na pewno może zjednać i jednych, i drugich sobie.

Posłuchać można tutaj.

Nagrobki – Portret trumienny (T.A.P.)

Z gówna bata nie ukręcisz – mówią. Jednak Nagrobki, postawione trochę – nomen omen – na grobie znanej punkowej formacji o tej wdzięcznej nazwie zadają kłam znanej mądrości. Jeśli “Pańskie wersety” nadal są raczej ponurym żartem, to z perspektywy czasu można go… zrozumieć. Bo na “Portrecie trumiennym”, sporządzonym do tekstów Brunona Jasieńskiego jako ilustracja spektaklu “Rzecz o Jakóbie Szeli”, obaj panowie wyszli bardzo korzystnie i… żywo. Może jeszcze czas, by postawili sobie pomnik trwalszy niż że spiżu – niekoniecznie grzebiąc kolejny zespół – ale to chyba najlepsza ich płyta. Taneczna, hipnotyzująca i ilustracyjna zarazem. Warto ją mieć. I to też ponury żart (bo nakład).

Posłuchać można tutaj.

Pensjonat – Całość nie radość (wyd. własne)

Słucham tej epki uparcie i zawzięcie, ale nie potrafię precyzyjnie ująć, dlaczego ubiegłoroczne “Lato w mieście” podobało mi się bardziej. Może to wina bezpośredniości materiału, postawienie na pewną – w zamierzeniu bezpretensjonalną – prostotę kosztem odrobiny niedopowiedzenia i niedosłowności? A może, skoro te uwagi można swobodnie odnieść do materii lirycznej, to o teksty chodzi? Bo słychać, że to ten sam zespół, trudny do pomylenia z innymi szugejzowymi załogami, i wciąż bardzo interesujący. Nie pytam więc, powtarzając za refrenem utworu “Emo”, co jest.

Posłuchać można tutaj.

PRĄD – Lot (wyd. własne)

Nie wiem, czy to post-rock, post-hardcore, post-metal, czy może post-punk, ale na pewno lot. Zespół jednocześnie jest pod prądem (tj. w gazie) i trochę pod prąd, gdyż raczej nie śledzi trendów (a na pewno nie po to, by za nimi podążać). Psychodelia, narkotyki, oniryzm, poezja. Niedługo ta nazwa będzie elektryzować.

Posłuchać można tutaj.

Projekt luty – Grzybnia (Underpolen)

Ku mojemu zdziwieniu, zza kotary wygłupu i szaleństwa wygląda nieśmiało muzyka. I wygląda – i brzmi! – bardzo przyjemnie. Fajnie, że panowie nie pozują, że ot, nagrali to dla siebie i w ogóle ich nie obchodzi, czy ktoś będzie tego słuchał (a raczej: że będzie tego słuchał), a to często artykułowana postawa, i że nie pozorują grania, tylko rzeczywiście grają. Nie powiem “jak umieją”, bo w ideę Projektu Luty wpisana jest nieumiejętność, ale czynią to jeśli nie zawsze z głową, to na pewno z sercem. Niech będzie, że to “pół-improwizowany transowy parakraut-grungotronik-postpunk-noiserock”, bo sam nic pojemniejszego nie wymyślę, “rozdygotany jesienną porą”, co gdy staje się słyszalne (“W skafandrze”, “Sowa” czy naprawdę piękne “Tak samo”), jakoś tak… przeszywa. Uczciwa dawka rozrywki i wzruszeń.

Posłuchać można tutaj.

Raper Joozef – Dzikie psy (HH50+)

Próbowałem komuś dowieść, polecając uwadze takie postaci jak Sowa czy Green Grenade, że rap to nie jakaś tam gorsza muzyka. Skręciwszy w stronę rzeczy bardziej samoświadomych, raczej tezy, iż nieironiczny rap nie jest dobry, nijak nie obaliłem.Tutaj nie pomógłby nawet – znakomity wszak – raper Józef. Pisałem kiedyś o nim, przewidując spory hype, ale jeśli jestem rozczarowany, to kolegami niezalowcami. Jego pierwszy pełny album, “Dzikie psy”, to (pro)pozycja brawurowa i mądra jednocześnie, a przy tym jednoznacznie dowodząca – co sam podnosiłem w owej rozmowie – że rap potrzebuje przede wszystkim świetnych piór. Wielu ich nie widzę, więc Raper Joozef mógłby wziąć scenę szturmem.

Posłuchać można tutaj.

Riverside – Wasteland (Mystic)

Miałem… Nadzieję. A skoro ona umiera ostatnia, to liczyłem, że “Wasteland” dodatkowo mnie pognębi, że pogłębi dół, choć to już i tak sześć stóp pod ziemią, gdy idzie o samopoczucie. I nie wiem. Mariusz Duda i pozostali (przy życiu, cóż) muzycy pod szyldem Riverside nagrali płytę Riverside. Zachowawczą i odtwórczą, a jeśli smutną, to w najgorszym sensie. Apogeum zjawiska stanowi prawie dziesięciominutowy instrumentalny kolos na glinianych nogach („The struggle for survival”). Z rzeczy „ciekawszych” dostajemy „Guardian angel”, brzmiące jak neofolkowa balladka jakiegoś woja-gieroja. No, melodie w „River down below” są ładne, bo to czyste wczesne Lunatic Soul. Resztę – zakończę cytatem – spalić.

SIKSA – Stabat Mater Dolorosa (Antena Krzyku)

Gdyby skrzyżować pastiszowe muzyczne wcielenie Doroty Masłowskiej z zaangażowaną wersją Marii Peszek, to wyszłaby Siksa. Ale jak w matematyce: minus i minus dają plus. “Stabat Mater Dolorosa” to czterdzieści minut natchnionego lewackiego bełkotu, który może doprowadzić do szału zbyt dużą liczbę osób (“Alper Sapan Forever”), bym tego nie doceniał. Jak punk, to punk.

Posłuchać można tutaj.

Sklepy Cynamonowe – ep (wyd. własne)

Ostatnia strofa ostatniego utworu. Tyle wystarczy, bym chciał posłuchać epki Sklepów Cynamonowych. Teksty pisały, jak się zdaje, co najmniej dwie osoby (przy czym ta, która odpowiada za “Piosenkę bez cyfry w tekście” i “5 lat” wydaje się lepiej panować nad warsztatem), ale poziom smutku, bezradności i desperacji jest odpowiedni. Fajne emo.

Posłuchać można tutaj.

SqrtSigil – Lost In (Szara Reneta)

Ostatnio muzyka znów służy mi do wywoływania duchów. Dlatego słucham płyt, które znam na pamięć, by z pamięci przywołać te same utracone obrazy. Nie jest to forma komunikacji, ani komunii, bowiem to, co stanowiło rytuał – autoagresywny, owszem – dawno zatraciło swój religijno-magiczno-poetycki charakter. I nawet nie tyle, by nie tracić ducha, bo ten był uleciał, ale by podsycić wewnętrzny niepokój, w którym wciąż zawiera się jakaś tajemnica, i nakarmić świeżą strawą swoje demony (one trwają wiernie), sięgam z właściwą dotkniętą anhedonią jednostce przyjemnością po “Lost In” SqrtSigil. Znany m.in. z 30 kilo słońca Maciej Jaciuk proponuje muzykę, która w istocie – tu bezsensowne skojarzenie – mogłaby towarzyszyć podczas przechadzki przez Miasto Drzwi z uniwersum Planescape. Nie ma w niej momentów zawahania, są zaś chwile zwątpienia, a wszelkie glitche nie wynikają z pomyłek twórcy. Gdzieś w tej ambientalnej ciemności kryje się – a właściwie czai – fieldrecordingowe życie. Przechadzam się przez nią z większą ochotą niż mógłbym przypuszczać.

Posłuchać można tutaj.

Trys Saules – *** (Instant Classic)

Minimalistyczne, przyjemne, ale jakby zbyt postne. Ta muzyka trochę za bardzo się snuje, nie zmierzając ostatecznie w wyraźnym kierunku. Niemniej, w jakąś podróż jednak zabiera.

Posłuchać można tutaj.

Udręka – Gniew, trud i nocna zmora (wyd. własne)

Po takiej nazwie można było się spodziewać black metalu, w drugiej kolejności ambientu, ale dostajemy całkiem przyjemny – choć niestety instrumentalny – post-/sludge metal. Kwadrans to dość uczciwy czas, by móc się przekonać, czy warto zapamiętać Udrękę.

Posłuchać można tutaj.

Vysoké Čelo – Wzium! (Opus Elefantum Collective)

Jakże przewrotne jest to, że by rozkręcić taką imprezę, trzeba wypuścić się gdzieś hen w kosmos, i że tak pozytywne fluidy zespół dostarcza nam u progu jesieni. I mamy szczęście, że w ogóle dotarły one na Ziemię, bo jestem w stanie założyć, że “Wzium!” powstało w stanie nieważkości, nie mając przy tym wcale na myśli stanu (upojenia) muzyków. Nie da się być takim smutasem, o czym mogę zaświadczyć, by siedzieć przez te ponad pół godziny jak mruk i pozostać niewzruszonym na wdzięki tych dźwięków. Niejeden statek kosmiczny (nie tylko “Ścianka”) zabierał nas w nieznane. Ale podróż “Wzium” będzie czymś niezapomnianym.

Posłuchać można tutaj.

yulo – a few… (wyd. własne)

Ponieważ Julian Margasiński ma dwadzieścia lat, a to jego debiutancki materiał, wszelkie niedoskonałości twórczych poczynań poczytuję jako część ich naturalnego uroku. Jest bowiem na czym zawiesić ucho i samemu się zawiesić (jakże posępne “Welcome/Goodbye”), a i oko mieć na tego pana pewnie warto. Coś się bowiem kryje w tym z pozoru niepozornym indie, ale co takiego – to pewnie czas pokaże.

Posłuchać można tutaj.

ZEUS – To pomyłka. (Pierwszy Milion)

Trochę smutne, że Zeus z raperki przerzucił się na coaching, nie zrywając jedynie z formą, bo choć może nie należał do ścisłej krajowej czołówki, to jednak miał spory potencjał, który nie tyle marnotrawi, ile wręcz wyrzuca do śmieci. W sumie jak, zachowując skalę, Pezet. Bo facet potrafi nawijać (co wcale nie jest takie oczywiste na rapowej scenie) i pisać (to tym bardziej), ale grzęźnie w motywacyjnym, niby-mądrym banale, kładąc wersy kładące każdy kolejny track (jedyny świetny fragment brzmi tak: “bohaterowie są często anonimowi / lub animowani”). Cóż, z drugiej strony, jeżeli miałby tak się wydurniać jak w “Rapierze”, to niech już będzie przezroczysty. A właściwie niech pozostanie szczęśliwy, bo to jest najważniejsze.

(skala ocen: 0,5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *