Z ręką na pulsie (sierpień-listopad #2)

Aphex Twin – Collapse EP (Warp)

Odnoszę wrażenie, że wszystko to już słyszałem na ostatnich wydawnictwach Aphex Twin, więc daleki jestem od ekscytacji. Wszakże każda powtórka z rozrywki dostarcza jej odpowiednio mniej.


ColdWorld – Nostalgia
(ep) (wyd. własne)

Średnio zdolny zespół nagrywa odtwórczy materiał, w nieco cudaczny sposób próbując wskrzesić ducha drugiej fali black metalu, i wskutek trudnego do pojęcia sprzężenia się dziwnych przypadków powstaje z tego rzecz prawdopodobnie ciekawsza od ich “normalnych” płyt.


Daughters – You Won’t Get What You Want
(Ipecac)

Dawno, dawno temu wydawało mi się, że to, jakie premierowe płyty są wychwalane, to kwestia umowy jakiegoś elitarnego grona, które z kolei wybiera dany album w drodze losowania. Nadal bardziej wierzę w spisek – lub go wietrzę – niźli uważam, by istniały opiniotwórcze jednostki piszące o muzyce. Jednak w przypadku Daughters to żaden pic, nawet jeśli wcześniejsze nagrania nie bardzo mi podchodziły. “You Won’t Get What You Want” to muzyka na koniec świata, na czas masowej paniki i totalnego chaosu, wręcz opresyjna w swym charakterze. Proszę mi jednak nie ufać, ani nie zawierzać [się] widzącym w tym albumie jeszcze więcej, tylko posłuchać.

A można to zrobić tutaj.


Dead Can Dance – Dionysus
(PIAS)

Odnoszę wrażenie, że wszystkie dziewuchy, które darzyły mnie szczerą antypatią, były gotkami. Nadal tylko z taką mam problem(y). Co zabawne, sama siebie gotką nazywa, a gdy ja użyłem tego określenia, to było dla niej jak prowokacja i najgorsza obelga. Folkowo “Dionysus” skręca w rejony obce mej duszy (i chyba płytko je eksploruje, choć po raz wtóry), a całość wydaje się wtórna i dość – okropne słowo – generyczna. Dobrze, że chociaż wokali jest mało. Jeżeli powstanie remaster gry – jakże mdłej – Prince od Persia: Sands of Time, to twórcy mogą uderzyć do duetu Gerrard/Perry z prośbą o wykorzystanie obszernych fragmentów tej płyty.


Deicide – Overtures of Blasphemy
(Century Media)

Nie wiem, co ludziom nie pasuje w nowej płycie zespołu dowodzonego przez pana z wypalonym na czole odwróconym krzyżem. Bo logo na okładce nie jest ani jej największą wadą, ani jedyną zaletą. Istotny w tej muzyce jest często skutecznie rugowany pierwiastek może nie tyle ludzki, ile humanoidalny. Bo diabeł ma konkretny kształt. Tu zaś pozostaje bez wątpienia od początku do końca czynny i obecny.


Dödsrit – Spirit Crusher
(Prosthetic)

Mam wrażenie, że pomysł na mariaż atmosferycznego blacku i post-rocka z crustpunkowym ogniem jest dobry, bo jak wiadomo, ogień by płonąć, potrzebuje powietrza, lecz na drugiej płycie Dödsrit nie jest to jeszcze związek w pełni dojrzały. Właściwie tak mógłby brzmieć Kvelertak, gdyby Norwegowie zrobili woltę w dobrą stronę. Ale ubiegli ich Szwedzi, co w tym gatunku nie jest takie oczywiste. I daję im duży kredyt zaufania. Choćby za to, co dzieje się mniej więcej od połowy utworu tytułowego. Bo dzieją się wówczas rzeczy piękne.


King Dude – Music to Make War To
(Ván)

King Dude to w mojej świadomości gość, który nagrał split z Urfaust. Trudno błyszczeć w takim towarzystwie, ale i zabłysnąć nie zabłysnął. W dodatku jego nowa płyta nie stanie się tłem muzycznym żadnej wojny, bo wszystkie już się (we mnie) stoczyły i zostały obustronnie przegrane. Nie powiem, podobają mi się te piosenki (przynajmniej pierwsze pięć), jednak aranże niweczą wszelki wysiłek. Także mój. Jeśli masz o co walczyć, i nosisz w sercu nieskrywany gotycki niby-smutek, to możesz się z tym materiałem zmierzyć. Będzie to walka nierówna i zapewne skazana na porażkę, ale to powinno Cię ucieszyć. W szkolnej skali – mocna dwója.

Posłuchać można tutaj.


Low – Double Negative
(Sub Pop)

Low nie gra najbardziej ekscytującej (czy może: ekstatycznej) muzyki na świecie, a że zaraża apatią już ćwierć wieku, to każda zmiana nie tyle klimatu, ile środków jest potencjalnie dobrą zmianą. „Double Negative” na tej płaszczyźnie zrywa ze slowcore’em, oferując pełen efektów (ale nie efekciarski i nie efektowny) pop, w przypadku którego nietrudno o afekt. Niemałą zasługę ma w tym producent albumu, BJ Burton, odpowiedzialny za „22, a Million” Bon Iver, który ponownie zrobił świetną robotę. Niewiele by jednak wskórał, gdyby przyszło mu jedynie maskować filtrami niedostatki kompozycyjne zespołu, a nie próbować wydobyć pełnię jego potencjału. Świetna, hipnotycznie wręcz angażująca rzecz.

Posłuchać można tutaj.


Mare – Ebony Tower
(Terratur Possessions)

Jedyna pozycja literacka, jakiej lektury podjąłem się w sierpniu, to „Ojcze Nasz. Modlitewnik wspólnoty chrześcijańskiej”. Dotarłem do połowy pomijając poczynione współcześnie dopiski i wtrącenia, ale robiłem notatki i nie poniechałem czytania. Całość, szczególnie wątki eschatologiczne, traktuję jako egzaltowaną prozę miłosną, momentami wręcz erotyczną. Nie wiem zaś, jaki znaleźć klucz do „Ebony Towers”, by rzecz okazała się równie przyjemna. Nie będę zdziwiony, jeśli Mare znajdzie wiernych i nabożnych wyznawców, ale sam raczej nie przywdzieję liturgicznych szat i nie zacznę głosić Złej Nowiny. Może dlatego, że wyżej od obrzędów zawsze stawiałem rytuały. A jeśli chcę uczestniczyć w nabożeństwie, włączam Funeral Mist. Nuda.

Posłuchać można tutaj.


Nadja – Sonnborner
(Broken Spine / Daymare)

Duet o ponoć ładnej nazwie (choć Heal byłaby ładniejsza, hihi), wywiedzionej z imienia jego brzydszej połowy, nagrał całkiem uroczą płytę. Nie śledzę bacznie muzycznych poczynań rezydującej w Berlinie kanadyjskiej pary Baker-Buckareff, więc nie wiem, jak „Sonnborner” ma się do innych płyt formacji. W pewnych momentach przywodzi na myśl u(g)ładzone do granic (nie)możliwości The Angelic Process (w połowie „Sonnborner/Aten”), w innych drony i sladże ledwo wystają spod szugejzowej pierzynki (musiałem). Gościnny udział skrzypka, skrzypaczki i wiolonczelistki nadaje nieco nonszalancko rozlanej dźwiękowej plamie kształtów i kolorów. Niestety po półgodzinie robi się dosłownie. Wszyscy pewnie słuchają Thou, ale proszę nie zapominać o Nadji.

Posłuchać można tutaj.

Nils Frahm – Encores 1 (ep) (Erased Tapes)

Dawno nie słyszałem płyty, która byłaby tak… ładna. W bezpretensjonalny, naturalny sposób. Wprawdzie to ponoć tak, że jeśli mówię o czymś, że coś jest ładne, nie wyraża to aprobatywnego stosunku i właściwie nic nie znaczy, więc siłą rzeczy mogłoby nawet zranić, ale nic nie poradzę, że to określenie najlepiej do “Encores 1” pasuje. To takie minimalistyczne plumkanie, które zamiast wzruszeń i przeżyć przynosi ukojenie. Przynajmniej przez większość czasu, bo finał jest łagodnie smutny.


Pinegrove – Skylight
(wyd. własne)

Niby nic wielkiego, taki tam indie rock, ale jak śpiewała pewna znana artystka, “cieszmy się z małych rzeczy”. Jest to słuszna idea, toteż czerpię radość ze słuchania “Skylight”. Mam od pewnego czasu – od czasu pewności – słabość do takiego grania, od serca i z wątroby. Prawie połowa utworów (5 z 11) to króciutkie drobiazgi, często nietrwające nawet dwie minuty, ale jakże urokliwe. A już kompozycja tytułowa to mój ścisły top całego roku.

Posłuchać można tutaj.


Rodrigo Ambriz – Una silueta se precipita en arcadas
(Szara Reneta)

Nie podoba mi się ta płyta. Gdybym napisał inaczej, byłby to wyraz braku szacunku i aprobaty wobec wysiłków Rodrigo Ambriza, który dowodzi, że aparat mowy można wykorzystać właściwie dowolnie. Dźwięki, jakie za jego pomocą generuje, w równym stopniu intrygują co irytują, czasem artysta brzmi jak dławiący się Kaczor Donald albo zwyczajnie bulgocze (fuj!), ale jest to rzecz imponująca i… totalna. Zabawy z elektroniką i taśmami tu i ówdzie pozwalają złapać oddać, pewnie nie tylko słuchaczowi, dzięki czemu zyskuje się także jakiś punkt zaczepienia. Warto sprawdzić (się z) „Una silueta se precipita en arcadas”. Choćby by wrócić ze starcia na tarczy.

Posłuchać można tutaj.


Scorched – Ecliptic Butchery
(20 Buck Spin)

Kto wie, czy nie najlepsza rzecz w tegorocznym metalu – niezależnie od wagi i gatunku. Surowy, brutalny, a momentami wręcz swingujący (no tak, tańczyć się chce) death, który z racji mojego nierozeznania przywodzi na myśl równie urocze i cudne Mental Horror. Obskurne, a przy tym klarowne brzmienie, nienaganne wokale, wzorcowe operowanie tempem… Jeśli panowie nie osiądą na laurach, to wkrótce mogą być wielcy.

Posłuchać można tutaj.


The Field – Infinite Moment
(Kompakt)

Nie bardzo wiem, co napisać o „Infinite Moment”. Nie umiem nawet powiedzieć, czy to płyta lepsza chociażby od poprzedniej. Obecny poziom skupienia pozwala mi oddać się pulsowi, którego dzięki miarowości przynajmniej nie pomylę z własnym. Oczywiście to znów takie wyciszone, oszczędne w środkach i ekspresji, repetytywne techno, które nie podnosi ciśnienia – także poprzez podekscytowanie. Dzięki swojej nieśmiałości nie pochłania myśli i uwagi, więc jeśli nie dysponuje się w danej chwili takimi zasobami, a ja się ich – szczęśliwie, wierzę – ponownie wyzbyłem, to nowy materiał Axela Willnera można puścić w tle. Przynajmniej nie będzie problemu, gdy się zapomni, że czegoś się słucha.

Posłuchać można tutaj.


Tord Gustavsen Trio – The Other Side
(ECM)

Tord Gustavsen – już bez mojej ukochanej Simin Tander – nagrywa wraz z dwójką muzyką towarzyszących (Sigurd Hole, Jarle Vespestad) taką płytę, jaką mógł nagrać już bez mojej ukochanej Simin Tander, czyli pełną cudnej urody łagodnego jazzu, który mi, zupełnemu ignorantowi, wydaje się zawieszony gdzieś między nagraniami Jana Johanssona a tym, co prezentowało trio Esbjörna Svenssona.

Voivod – The Wake (Century Media)

Na hasło “progresywny metal” prędzej dostaję skrętu kiszu niż palpitacji serca, a Voivod nie robi na mnie wrażenia samą nazwą, więc podszedłem do tej płyty trochę jak pies do jeża. I niby jakimś cudem krzywdy sobie nie zrobiłem, ale i niewiele udało mi się wskórać. Lepsze to niż taki Ihsahn, ale nadal w swym przeintelektualizowaniu niezbyt mądre.


Winter Aid – Halfland
(wyd. własne)

Ktoś, kto porzuca, coś pozostawia. Może na przykład uwrażliwić na to, czego by się nie spostrzegło. To uwrażliwienie takiego rodzaju, że zakończenia nerwowe są na wierzchu. Na szczęście nie wiem – wciąż bowiem nie lubię porównać – z czym da się zestawić słuchanie “Halfland”. Niech będzie, że brakuje mi słów, choć dałem sobie limit stu. Może w zestawieniu z pierwszą epką jest jak próba roztoczenia troskliwej opieki nad kimś, kogo jeszcze przed chwilą się katowało – psychicznie – ale wiadomo, ile to daje. Dla mnie Winter Aid znów dowodzi, iż szczyty ekstremy zdobywa się w indie folku chociażby. Nie żebym namawiał – po prostu napisałem.

Posłuchać można tutaj.

(skala ocen: 0,5-5,0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *