Z ręką na pulsie (#53): Anna von Hausswolff, Lucy Dacus, Tomasz Mreńca

Anna von Hausswolff – Dead Magic (City Slang)

Gdyby Jarboe była istotną częścią ostatniej inkarnacji Swans, to właśnie tak mogłoby to brzmieć. Na mnie, osobie nastawionej do gotyku w najlepszym razie sceptycznie, która uważa tę muzykę za smutną, a i owszem, ale w odniesieniu do jej poziomu (śmieszności), “Dead Magic” wrażenie robi spore. Coś się w tej muzyce czai, nie ma w niej koniunkturalnej pozy, ma się wrażenie uczestnictwa w okultystycznym rytuale, a nie jakimś teatrzyku, w którym wymizerowane, blade postaci w strojach nadający się raczej do sypialni albo na bal przebierańców snują się smętnie. Anna von Hausswolff uwodzi, niepokoi i przeraża. Równie cudne rzeczy działy się na “Older Terrors” Esben And The Witch, choć tam to była raczej baśń. A tutaj wszystko jest tak prawdzie, że nie daje się poznać ani pojąć.

Posłuchać można tutaj.

Lucy Dacus – Historian (Matador)

Może to tylko ja, ale gdyby ktoś mi włączyć któryś utwór z “Historian”, to pomyślałbym, że słucham Julie Byrne. Nawet pasowałoby mi to, że więcej tu zdecydowania, może wręcz ognia niż na “Not Even Happiness”, jakby to był naturalny krok dla zdolnej Amerykanki. No i owszem, jest to zdolna Amerykanka, ale nazywa się Lucy Dacus. Głośno o niej jest już pewnie teraz, a takich płyt zwyczajnie nie uchodzi przegapiać.

Tomasz Mreńca – Peak (Nowe Nagrania)

Włączyłem sobie Celeste, wściekle trudną grę platformową, będącą ponoć metaforą depresji. Z jakichś względów pomyślałem, że rozgrywka będzie dobrym tłem dla “Peak”. No już nie wspominając o tym, że jeśli muszę podzielić uwagę, to wtedy łatwiej mi się skupić. W każdym razie, na wysokości “White garden” dałem sobie spokój. Oczywiście nie z płytą Tomasza Mreńcy. Zginąłem w tym czasie siedemdziesiąt osiem razy, więc myślę, że jeśli ktoś chce poczuć, czym jest nawet nie wspinaczka pod niedosiężną górę, a w zasadzie każdy krok w takim stanie, to się przekona. Wracając jednak do meritum, w tych dźwiękach również nie ma mowy o dosłowności. O pójściu na łatwiznę i ułatwianiu czegokolwiek słuchaczowi. Grając muzykę równie emocjonalną na płaszczyźnie ewokowania (każdy [d]opowie sobie własną historię) i oszczędną w środkach, równie łatwo zaliczyć podobną liczbę potknięć i skuch co ja podczas rozgrywki. A jednak “Peak” jest mniej więcej jak ten speedrun.  Z każdym utworem, z każdym odsłuchaniem wciąga mocniej i skuteczniej, co należy traktować jako pełne troski ostrzeżenie.

Posłuchać można tutaj.



(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *