Z ręką na pulsie (#99-100): Baroness, black midi, Hatchie, julek ploski / Faxada, Obiekty, WaluśKraksaKryzys (i in.)

Baroness – Gold & Grey (Abraxan Hymns)

Kiedy w przypadku zespołów metalowych marzy mi się porzucenie przez nie brzmienia, nie mam na myśli tego, co stało się na “Gold & Grey”. Porównanie samej produkcji do “St. Anger” Metalliki wydaje się – przynajmniej gdy idzie o czytelność – sensowne, ale tamtą płytę, nawet w przekroju całego dorobku grupy, sound ratował i wynosił, o ironia, ponad przeciętność. Baroness zaś… Cóż, pod tym całym brudem, którego gruba warstwa wydaje się intencjonalnie naniesiona (niech sobie słuchacz coś wynajdzie), skrywa się ten sam zespół. Ten sam, o który wielu mówiło, że nie jest już tym samym zespołem co na dwóch pierwszych albumach. Może poszukujący nowych ścieżek, ale tak, by w każdej chwili móc wrócić na tę, z której wyrusza. Wychodzi więc taki stoner rock/metal z nutką psychodelii. Zestaw (bez)celowo popsutych piosenek.

black midi – Schlagenheim (Rough Trade)

Jestem zwykłym słuchaczem i kwestie pewnych umów, jakie najwyraźniej są zawierane, nie umiem się wypowiedzieć. Ustalono bowiem, że “Schlagenheim”, debiut black midi, to wydarzenie & objawienie. Trudno mnie nazwać umysłem ścisłym, może dlatego wielu rzeczy nie potrafię tutaj docenić, a że nie mam w ogóle intelektualnego podejścia, to pewnie sporo innych mi umknie. Za mało hałasu, za dużo wykoncypowanego chaosu. Ale możliwe, że za dziesięć lat okaże się, iż w bardziej eksperymentalnym podejściu do rocka był to album znaczący.

David Torn, Tim Berne & Ches Smith – Sun of Goldfinger (ECM)

Najlepiej mój stosunek do tej płyty odda następujący obrazek. Słucham czegoś w telefonie. Tak sobie leci, i tak sobie słucham, i najwyraźniej pochłonięty czymś innym konstatuję nagle, że hej, co to za muzyka, bo ja takiej dobrej w zbiorach to raczej nie mam, więc bym sobie sam nie włączył. Zaraz się zorientowałem, że to jazzowa audycja w radiowej Dwójce, prowadzona przez redaktora Przemysława Psikutę (nie chcę strzelać nazwy, bo się pomylę, nieumyślnie wprowadzając w błąd). Dzięki kulturze, z jaką prezentuje się tam dzieła kultury, po emisji utworu dowiedziałem się, kto go wykonywał, a także z jakiej płyty i przez kogo wydanej pochodzi. I jeśli miałbym komuś polecać awangardowy jazz, to przede wszystkim taki.  Na “Sun of Goldfinger” najważniejsza jest sama muzyka, atmosfera, nie indywidualne popisy muzyków i ściganie się – także z innymi – kto zagra lepiej i więcej. Muszę chyba z większą uwagą przeglądać bieżący katalog ECM-u, bo jak się zdaje, każdego roku potrafią wciąż wydać jakąś perełkę.

Deftechnixks – F·R·I·E·N·D (Underpolen)

Egzekucja nie urwała… głowy, ale sam koncept – nawet jeśli jest bardziej autystyczny niż artystyczny – szanuję szczerze. Bo jednak nagrywanie każdej z sześciu strun gitary oddzielnie i układanie tekstów z sześcioliterowych wyrazów z wypowiedzi poszczególnych bohaterów serialu “Przyjaciele” (s06e06), budzi podziw, lekko pomieszany ze… strachem. Nomen omen. Chwilami brzmi to dzięki specyficznemu podejściu do na[i]grywania [się] jak mój ukochany album Kazika, “Czterdziesty pierwszy”, więc nawet zaokrąglę w górę pierwotną notę.

Posłuchać można tutaj.


Hatchie – Keepsake
(Ivy League)

Carly Rae Jepsen dla fanów Billie Eilish. “Keepsake” w moim prywatnym tegorocznym rankingu lokuje się dużo wyżej niż “Dedicated”, ale z “When We All Fall Asleep, Where Do We Go?” minimalnie przegrywa. Jednak trudno o równie dobry sentymentalny pop, który czasem poderwie do tańca – takiego… w sobie – czasem wywoła łagodny uśmiech, a w innej chwili przeczołga po podłodze (czy tam parkiecie).

Posłuchać można tutaj.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (HBO)

Kiedy oglądałem serial, to muzyka przykuwała moją uwagę wtedy, gdy towarzyszący kolejnym scenom motyw przywoływał być może odległe, ale bolesne echa “Pari Intervallo” Arvo Pärta – kompozycji, która jest dla mnie ważna do tego stopnia, że potrafię ułożyć sobie playlistę złożoną z około dwudziestu różnych wykonań i odsłuchać kolejno wszystkich. Dzięki temu obraz nabrał dla mnie emocjonalnej głębi, choć niekoniecznie – i dobrze! – kolorów. Jako samodzielne dzieło sprawdza się wcale również nieźle, odsłaniając przy tym pełne spektrum industrialno-ambientalnego (wy)brzmienia, bo albo takie moje mylne wrażenie, albo pewne tematy były w serialu wykorzystywane dużo częściej od innych (echa, o którym mowa, zidentyfikowałem później jako “Evacuation”, choć w takim “Gallery” również są słyszalne). Mark Morgan stworzył do pierwszych dwóch gier z serii Fallout bardziej interesującą muzykę, ale w niczym to Hildur Guðnadóttir nie ujmuje.

Ian Noe – Between the Country (wyd. własne)

Gdyby Townes Van Zandt miał syna, to… A nie, chwila, przecież ma. I nie jest nim, co ciekawe, Ian Noe. Ale jego country jest moim country. A że takie granie i tak #nikogo, to nie będę pisał o tym, że wszystko jest tutaj zrobione i zrealizowane po bożemu, zgodnie z tradycją.

julek ploski / Faxada – LANGOSZUEA ()

Takie splity są perfidne. Czeka się na pełne albumy obu artystów, a dostaje taką zajawkę. Perfidne jest też to, że gdybym miał w ciemno obstawiać, który utwór nagrał julek ploski, a który Faxada, tobym się pewnie pomylił. Ale jest w tym noise’owym post-industrialu miejsce na wyciszenie, na jakiś intymny field recording i na takie naturalne pokazanie, że słuchamy materiału dwóch spośród naprawdę ledwie kilku najjaśniejszych gwiazd młodej polskiej elektroniki.

Posłuchać można tutaj.

Obiekty – Czarne miasto (Instant Classic)

Jeśli czegoś brakowało mi w Obiektach, to jak się okazuje, chyba właśnie wokali. “Czarne miasto”, nawet jeśli zawiera muzykę uładzoną w stosunku do epek, to nadal nie jest to granie łagodne ani ładne. A przynajmniej nie dosłownie. Może ma się teraz wrażenie obcowanie nie z pewną strukturą obiektów, jakimś zarysem i koncepcją, takim planem architektonicznym, a rzeczywistą realizacją i reprezentacją wcześniej sformułowanych idei czy koncepcji. W dużym uproszczeniu – o które mogę się tutaj pokusić – “Czarne miasto” brzmi trochę jak “Stereo” wiadomo-kogo, ale w wersji przeznaczonej do słuchania w letnim miejskim skwarze. Oszczędne, hipnotyzująca, upal(o?)na muzyka.

Popioły – Per aspera ad harenae (wyd. własne)

Po prostu musiał się tutaj znaleźć jakiś blackmetalowy album. Nie ma może takiej tradycji, ale… Popioły giną jeśli nie w popiele, to w zalewie tych wszystkich nowych rzeczy z klimatów. Giną nie bez przyczyny, ale samą premierę, jako że to granie sprawne i poprawne, odnotuję.

Posłuchać można tutaj.

Syndrom Paryski – Hymny dla przegranych (ep) (wyd. własne)

Patrz: WaluśKraksaKryzys. Różnice na plus: młody π w pierwszym tracku, bardziej współczesne ujęcie “problemu”. Różnice na minus: można sobie poczytać teksty, których w przypadku “MiłegoMłodegoCzłowieka” nie udostępniono. Jeśli to był pewien koncept (tytuł), to mnie nie przekonuje prawie wcale. Jeśli to mają być takie tam niewesołe piosenki, to niech [sobie] będą. Gdyby zaśpiewać je po angielsku, mógłbym dać im nieco wyższą ocenę. Ale to tylko ja.

Posłuchać można tutaj.

WaluśKraksaKryzys – MiłyMłodyCzłowiek (Trzy Szóstki)

Nie rozumiem tej płyty. Widzę, że może być takim landmarkiem [dla] Trzech Szóstek, choć sam postrzegam tę płytę jako ważniejszą dla wydawcy niż dla “zewnętrza”. Tylko znów: nie zaskakuje mnie, nie dziwi, nie oburza ani nie śmieszy bardzo pozytywny jej odbiór w tzw. “środowisku”, ze zrozumieniem, jak oczywistość, przyjąłem też udział zespołu w programie “Dzień Dobry TVN”. Dla mnie to takie reminiscencja polskie alternatywy poprzedniej dekady, z czasów, kiedy ta wydała już na świat wszystkie dzieła znaczące czy wręcz wybitne. Całe to granie, w którym więcej było pretensji niż poezji (a w samej poezji więcej patosu niż buntu), a ono samo skutecznie i systematycznie odwodziło mnie od “ambitnego” granie made in PL, jakie serwowała choćby Trójka. Akceptuję (akcentuję?) to, że stykam się tutaj z zupełnie odległym mi, niezrozumiałym, niemającym konkretnego kształtu i wymiaru rodzajem emocji i wrażliwości, że w sposobie ekspresji dostrzegam tylko sposób, sama ekspresja zaś jest tylko formą. Mógłbym wyliczyć kilka zespołów sprzed lat, niekiedy wciąż w jakiś sposób aktywny (nawet jeśli tylko, hah, w sezonie), ale każdy przecież wie, jakie mam na myśli, jakie same przychodzą na myśl. Rozumiem, że taki taneczny post-punk ma swoich zwolenników czy wręcz admiratorów, przyjmuję nawet, że jest to granie smutne i nastrojowe, ale mnie słucha się tego jak próby rekonstrukcji czegoś, co mogło już sobie w spokoju przeminąć i przepaść. Sprawnej próby, pewnie w jakimś sensie natchnionej i twórczej, ale czuję się tak, jakby ktoś obcy niezrozumiałym językiem (i z dziwną manierą – także językową właśnie) mówił mi o czymś tak, że nie tylko nie umiem go zrozumieć, ale też uwierzyć, że to dla niego ważne. Może “MiłyMłodyCzłowiek” skupia w powiększeniu wszystko to, co mi w niezalu nie leży, a czego nie umiem – bądź nie chcę – wyrazić, co prawdopodobnie, i zauważam to bez ironii, może oznaczać, iż jest to jest jedna z najciekawszych rzeczy, jakie to piekiełko miało w pierwszym półroczu do zaoferowania.

Posłuchać można tutaj.

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *