Z ręką na pulsie (#98): Bruce Springsteen, Drowse, Hans Solo, Hate, KAT, Vulture

Bruce Springsteen – Western Stars (Columbia)

Bruce Springsteen nie musi się z nikim ścigać ani nikomu niczego udowodniać, co owocuje takimi płytami jak “Western Stars”. Niewymuszoną, bezpretensjonalną, momentami wręcz popową, w duchu zaś amerykańską w najlepszym sensie. Wzruszam się przy tej muzyce, co oczywiście nic nie znaczy z perspektywy drugiej osoby, jedynie sygnalizuje mój emocjonalny stosunek do twórczości artysty, ale jeśli prawie siedemdziesięcioletni facet potrafi nagrywać takie rzeczy, to pozostaje mi pokłonić się z uznaniem.

Drowse – Light Mirror (The Flenser)

Senny slowcore. Nie jest to granie przeszywające niepokojem jak debiut, który nadal w dorobku Drowse lubię najbardziej “Soon Asleep”, 2019), ale dzięki temu, że “Light Mirror” pozostaje w zawieszeniu między rzeczywistością a (roz)marzeniem, to przynosi słuchaczowi jeśli nie komfort, to chociaż całkiem przyjemne odrętwienie.

Posłuchać można tutaj.

Hans Solo – Poprawna praca serca (My Music)


Nie mam serca pisać o tej płycie. Tak wnioskuję, bo najpierw odpuściłem sobie osobny tekst, a teraz po raz któryś szkicuję krótką notkę. Singlowa “Ego-tyka” to całkiem niezły utwór (w przeciwieństwie do takiego “Kastetu”; w tym miejscu chętnie bym kogoś pozdrowił, ale…), w którym dzięki temu, że Hans chciał coś z siebie wyrzucić, a były to wyrzuty pod własnym adresem, przymykało się oko na warsztatowe i liryczne potknięcia i niedostatki. To taki rap bez syfu (co liczę na plus), ale za to często z humorem (to, zważywszy na jakość – także literacką – żartu, na minus). No nic, facet kładzie wersy, jakie kładzie, ale przynajmniej nie ma w nich szkodliwych głupot.

Hate – Auric Gates of Veles (Metal Blade)

Sięgnąłem po tę płytę, by zostawić niezalowe premiery na kolejny odcinek, więc niejako z konieczności, ale też wydała mi się łatwym celem. Co to bowiem właściwie jest, słowiański death metal?* Na szczęście bez znaczenia jaki – zwyczajnie taki sobie. Poprawnie zagrany, dość sterylnie brzmiący, z rzadka przykuwający uwagę jakimś riffem. Przypomina mi trochę płyty Behemotha sprzed dekady, tylko w wersji nieco bardziej ponurej i smętnej. Ale może (dwaj) panowie z Hate są jeszcze przed nagraniem “The Satanist”.

* Choć gdyby to był słowiański black metal, to od razu skala ocen byłaby jednopunktowa.

Posłuchać można tutaj.


KAT – Without Looking Back
(Pure Steel)

Mówienie, że zespół z czterdziestoletnim stażem brzmi jak grupa młodzieniaszków, niekoniecznie jest komplementem, szczególnie gdy zastrzec, że świeżości w tym graniu nie sposób uświadczyć. Gdyby ktoś puścił mi “Without Looking Back” i miałbym w ciemno wypowiedzieć się o tej muzyce, to pewnie obstawiałbym, co z kolei niekoniecznie jest złośliwością, że to dzieło gości z małego miasta, którzy wygrali jakiś lokalny przegląd kapel, a w nagrodę weszli do studia, by nagrać debiutancki materiał. Ale to KAT, podobno ten prawdziwy. Serwis Metal Temple wystawia tym heavymetalowym stępom galopadom soczyste 9/10, więc od siebie dodam punkcik do pełnej dychy.

Vulture – Ghastly Waves & Battered Graves (Metal Blade)


Wprawdzie granie w klimacie thrash-/speedmetalowym nie wymaga większej finezji, ale i tak – patrząc trochę stereotypowo – pewnym zaskoczeniem pozostaje, że Vulture to załoga niemiecka. Na “Ghastly Waves & Battered Graves” mieszają się wpływy takich kapel jak King Diamond (kiedy wokale wchodzą w najwyższe rejestry), Vektor (chodzi o coś, co trudno ująć, coś w brzmieniu, co decyduje o tym, iż słychać, że to granie retro, ale współczesne) i Slayer (z okresu debiutu). Nadal nie jest to poziom mojego ulubionego Insane z Włoch (“Wait and Pray”, 2005), ale też goście z Vulture nie celują najwyraźniej w nagranie swojego “Show no Mercy”. Ale i tak udało im się nagrać bodaj najciekawszy materiał w dotychczasowym dorobku.

Posłuchać można tutaj.

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *