Z ręką na pulsie (#97): Bałtyk, Krypts, Sarah Davachi, Strętwa, The Devil and the Almighty Blues, Vader

Bałtyk – Self-Help, Pt. 2 (Opus Elefantum Collective)

Jeśli nie okaże się to obelżywe i krzywdzące dla artysty, które swoje przeżył i oddał, to nazwę “Self-Help, Pt. 2” zestawem przyjemnych dla (d)ucha indiefolkowych piosenek. Jest w nich wiele spokoju i ciepła, są kojąco melancholijne. Michał Rutkowski po cichu wyrasta powoli na ważną postać polskiej sceny niezależnej, stojąc jednocześnie gdzieś z boku, jeśli nie całkiem obok. Doceniam i kibicuję.

Posłuchać można tutaj.

Krypts – Cadaver Circulation (Dark Descent)

Mulisty death/doom, który nie zamula.

Sarah Davachi – Pale Bloom (W.25th)

Ambienty, drony, jakieś rozlane plamy wokali, leniwe tła organów (?) i plumkanie, plumkanie, i plumkanie… Zakochałem się. Nie umiem pisać o miłości.

Strętwa – Dno (Plaża Zachodnia)

Zapamiętałem Strętwę. Będzie to tylko część prawdy, owszem, ale niech tylko ona będzie jasna i wiadoma, bo choć moja pamięć idealna nie jest, to ważne, że jest dobra. “Dno” przypomina (cóż…), dlaczego trudno, by owa pamięć była zła. Ten podzielony na cztery części zestaw dźwięków, rozpisanych na syntezator modularny, preparowaną gitarę i samplery (+czarne myśli), mógłby przekształcić się w ładne, senne piosenki (a “Kararao” na pewno), ale eksperyment, na etapie którego się zatrzymał, jest w pełni udany.

Posłuchać można tutaj.

The Devil and the Almighty Blues – TRE (Blues for the Red Sun)

Nie wiem, ile zespołów próbowało nagrać swoje “Welcome to Sky Valley” ani po co takie podejmować takie próby, skoro są to właściwie próby samobójcze, ale The Devil and the Almighty Blues robi na “TRE” dobrze to, co udać się nie ma prawa. Odtworzenie tamtej muzyki to dla sprawnych wykonawców nie pewnie jakaś wielka sztuka, ale trudno o równie porywająco odtwórczą i jawnie pozbawioną własnego charakteru płytę, w której zaklęty zostałby duch, którego inni tylko nieskutecznie próbują wywołać. Może to wymagało wielu wspomagaczy, może zaprzedania komuś duszy, ale chyba się opłacało. No i nagrać dwunastoipółminutowy hicior (“Salt the earth”) to też duża sztuka.

Vader – Thy Messenger (ep) (Nuclear Blast)

W kółko to samo. Ta sama melodia, te sama terkocząca perkusja, te same solówki… Wolałbym, żeby w kółko nagrywali “Impressions in Blood”, ale zamiast tego po tamtym albumie klecą i klepią takie nie wiadomo co. Można posłuchać, westchnąć, ziewnąć, rzucić coś w stylu “no niezłe, ale co z tego?” i nigdy nie wrócić.

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *