Z ręką na pulsie (#95-96): Carly Rae Jepsen, Deathspell Omega, Deus Mortem, Lili Liliana, Monika Wińczyk, The National (i in.)

Carly Rae Jepsen – Dedicated (Interscope)

Jasne, że ktoś może mnie łatwo skasować, a ja wcale nie twierdzę, że wszyscy się mylą, ale z Carly jest tak, jak u nas było kiedyś z Reni Jusis. Oczywiście w nieporównywalnej skali. Ot, nastąpiła – trochę niespodziewana – rekapitulacja (tak zwykło się bodaj nazywać podobne zjawiska w środowiskach, które je kreują), w wyniku której popowa-gwiazdka-jakich-wiele, kiedy już przygasała, zaczęła świecić na zupełnie innym niebie. Dlaczego ona – nie wiem. Niby ta piosenka, którą nagrała już kilkadziesiąt razy (płyta, epka, następnie odrzuty z sesji, druga płyta), jest całkiem ok, to takie sentymentalno-optymistyczne popowe nic, ale dajcie spokój – “Dedicated”, patrząc tylko na ten rok, nie postawiłbym obok “When We All Fall Asleep Where Do We Go”.

Deathspell Omega – The Furnaces of Palingenesia (Norma Evangelium Diaboli)

Jeśli Lucyfer jest erudytą, to słucha Deathspell Omega. Sam nigdy nie złapałem na nich fazy, bo raz że jestem prosty, a dwa że gdybym miał wypunktować to, co według mnie dla black metalu charakterystyczne, to okazałoby się pewnie, że w muzyce tego zespołu nie ma żadnej z tych składowych. Wolę podejście – o zgrozo! – ideowe niż filozoficzne. Poza tym znów to wszystko takie poszarpane, pocięte, nie ma czego złapać (za to oddycha się spokojnie, czasem wzdychając), dysharmonijne, piekielne. Chociaż uczciwie przyznaję, że w takim graniu są najlepsi, czego “The Furnaces of Palingenesia” dowodzi.

Posłuchać można tutaj.

Deus Mortem – Kosmocide (Malignant Voices)

Widocznie jest tak, jak twierdzi admin Trzech Szóstek, i Deus Mortem grają tylko w najfajniejszych lasach, a te pobliskie są takie… nie takie, bo w nich tej kapeli nie słyszałem. Niemniej jednak, niezła rzecz. Najmilsza wtedy, gdy pałker Infernal War może poczuć się tak, jakby brał udział w sesji nagraniowej Infernal War.

Full of Hell – Weeping Choir (Relapse)

Deathgrind/grindcore mnie usypia. Nie jest to uwaga krytyczna. Może dlatego, że tym pozornym piekielnym chaosem rządzi według mnie jakaś boska harmonia, dzięki której odczuwam nie tyle znużenie, ile swego rodzaju błogi spokój? Tak samo jest w przypadku “Weeping Choir”. Wypełnia mnie ciepło, oczy się przymykają, odpływam. A chłopaki coś tam kombinują, hałasują, starają się stworzyć atmosferę, czasem zwolnić, ale to wszystko jest dla mnie takie miłe i przyjemne… Aż żal wystawić mniej niż te trzy gwiazdki, choć pewnie powinienem.

Posłuchać można tutaj.

Lili Liliana – Blekot (wyd. własne)

Śledzę twórcze poczynania Lili Liliany od czasu epki “Blekot”, pod której urokiem nieodmiennie pozostaję. “Blekot” przynosi więcej tego, na co czekałem, choć nie jest to już muzyka – wbrew tytułowi – która podtruwałaby smutkiem. Nastrój – pochmurny, refleksyjny – pozostał ten sam, ale sama artystka nie ogląda się już tak za siebie. A przynajmniej nie z żalem. To wciąż prosty, akustyczny lo-fi pop. Może nie z sypialni, ale ze strychu.

Posłuchać można tutaj.

Misþyrming – Algleymi (Norma Evangelium Diaboli)


“Algleymi” pokazuje, jak ważnym dla współczesnej sceny blackmetalowej zespołem jest Mgła, ile znaczą choćby jej dwie ostatnie płyty. Nigdy bym nie pomyślał, że okres oczekiwania na kolejną uprzyjemni właśnie Misþyrming. Jest to może Mgła w wariancie nieco mniej… mglistym, z wyraźniej nakreślonymi melodiami i nie tak olśniewająca wykonawczo, ale kiedy bardzo dobry zespół – a o takim bez wątpienia mówimy – czerpie od najlepszych, nie zatracając przy tym siebie, to wystarczy, by odstawić resztę stawki. W swoim gatunku – album półrocza.

Posłuchać można tutaj.

Monika Wińczyk – Japoński Dystans / 日本人の距離 / Nihon no kyori (Szara Reneta)

Przytłaczają mnie wielkie miasta. Nawet gdy kontemplować zwykły ruch uliczny (i pieszy), wszystkiego jest za dużo. Spacer z Moniką Wińczyk – jeśli mogę pozwolić sobie na tak poufałe sformułowanie – to jednak czysta, niezmącona uczuciem niepokoju przyjemność. Wie, dokąd prowadzi, co chce pokazać i o czym opowiedzieć, choć sama mówi niewiele (tylko tyle, że “przyszła policja i piękną muzykę nam wyłączyli” – chyba że to nie jej głos, wówczas przepraszam). Słuchamy więc pikiety i beatboxera (ale i tradycyjnej pieśni), krążąc z Tokio do Sapporo i z Sapporo do Tokio, a to wszystko, co wokół, przepływa zdumiewająco łagodnie i powoli. Dlatego to magia i sztuka, nie sama prosta rejestracja.

Posłuchać można tutaj.

Pure Phase Ensemble 8 ft. Will Carruthers – Live at SpaceFest (Biodro)

Cytując wydawcę, Pure Phase Ensemble to międzynarodowy, shoegaze’owy kolektyw instrumentalny stworzony w ramach odbywającego się w Gdańsku festiwalu SpaceFest. Ósma inkarnacja tego projektu – pod duchowym i ucieleśnionym przewodnictwem Willa Carruthersa, basisty Spacemen 3 i Spiritualized – czasem przybiera formę dość swobodną, zyskuje wymiar wręcz towarzyski (głównie za sprawą “niespodziewanego gościa”, Piotra Kolendy, w “You suffer but why”), ale lot jest lotem, a dla biorących udział w projekcie (spotkaniu?) muzyków balastem nie jest ani wyobraźnia, ani ograniczenia warsztatowe. To mógłby być – mimo luźnej atmosfery – szkielet powrotnego albumu Spacemen 3, gdyby takowy kiedykolwiek powstał.

Różni Wykonawcy – ° ()

Wygląda na to, że julek ploski jako muzyczny kurator może być równie ważny dla krajowej sceny elektronicznej co jako osoba decydująca bezpośrednio o jej kształcie i znaczeniu. Odkrył już – jeśli można tak powiedzieć – Jana Stracha (ten odwdzięczył się tym razem być może najlepszym utworem nagranym pod tym “szyldem”), a to nie tylko nie musi być koniec, a wręcz może być dopiero początek. Dlatego traktuję tę składankę bardziej jako obietnicę, słowo dane słuchaczom, i deklaruję, że te postindustrialne, dekonstrukcyjne szaleństwa mają mój głos.

Posłuchać można tutaj.

Różni Wykonawcy – Out of Control vol​.​3 (Plexus of Infinity)

“Out of Control vol​.​3” można nazwać samplerem bydgoskiego labelu Plexus of Infinity, rzeczą z gatunku “masz, posłuchaj, wybierz coś dla siebie”, a że katalog – jak można zorientować się po tym wyborze – mają zróżnicowany, to coś się zawsze znajdzie. Ja zapisuję sobie – z lekkim wstydem i poczuciem winy, że tak późno – Glątwę, Shroomodore (cudna nazwa!) czy Julie with Cappuccinos. Ale jeśli kogoś pociąga nie tylko elektronika w bardziej nastrojowych odmianach, ale i bardziej ambitny rap, może śmiało przejrzeć ten zestaw.

Posłuchać można tutaj.

The National – I Am Easy to Find (4AD)

Najlepsza płyta The National? Tak, odpowiedź brzmi “nie”, wiem. Ale mam poważne wątpliwości, czy nie. To może chociaż “Not in Kansas” jest ich najlepszym utworem? Też nie? To jak jest z “I Am Easy to Find”? Nuda i rozczarowanie? A jeśli kogoś, jak mnie, nie oczarował żaden z wcześniejszych albumów? Jeśli po raz pierwszy w zestawie zmieścił się więcej niż jeden utwór, który wywołuje jakieś emocje? No ok, niech będzie, że to zwykły chamber pop, którego koncept opiera się na tym, by zaprosić kilka wokalistek (Lisa Hannigan, Sharon Van Etten, Mina Tindle, Gail Ann Dorsey, Kate Stables), ale po raz pierwszy mam ochotę – a nawet potrzebę – wracać do nagrań zespołu.

Tyler, the Creator – Igor (Columbia)

Wzruszają mnie niemal wszystkie soulowe albumy. Może dlatego, iż jako że jestem zupełnym ignorantem, większość z nich brzmi dla mnie bardzo podobnie.

Ten mnie nie wzrusza.

Ale jest przyjemny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *