Z ręką na pulsie (#93-94): Amon Amarth, Coals, Czechoslovakia, Possessed, Sorry Boys, Tim Hecker (i in.)

Amon Amarth – Berserker (Metal Blade)

Może trochę uproszczę, ale panowie z Amon Amarth za sprawą “Berserkera” przerwali trwającą od wydanej w 2002 “Versus the World” passę nagrywania coraz słabszych płyt. Są deathmetalowym AC/DC, zbierają za swój melodyjny death metal cięgi od prawdziwków, ale w swojej niszy – mimo że nie interesują mnie mitologie, bohaterowie, wojny ani fantastyka w ogólności – pozostają wyjątkowi i najlepsi. Dobrze, że mimo braku sensownej konkurencji chciało mi się wykrzesać z siebie trochę ognia. Mimo że motyw ten – jakże charakterystyczny – przestał być obecny na okładkach ich albumów.

Bezkresy – W mróz (ep) (wyd. własne)

Intro kazało mi się zastanawiać, czy nie otworzyłem w przeglądarce karty z kompilacją jakichś dziwności na Youtubie, bo te sample z jakichś reklam, zawodów sportowych i ludzi wypowiadających się wulgarnie o czymś tam tworzą mieszankę cokolwiek dziwną. A sam black metal proponowany przez Bezkresy… Perkusja, która raz terkocze, raz brzmi – jak by to ujęli zinowi znawcy – jak wysypywanie ziemniaków na karton, wokalista trochę krzyczy (tak, by go zrozumieć), trochę śpiewa, ogólnie przypomina Adama Darskiego w swych próbach, gitarą tną melodyjnie, ale niezbyt ostro, sam materiał zaś może być w sam raz dla tych pięciu osób, które odwrócą się od Mgły po niedawnym incydencie z odwołaniem koncertów w Niemczech. Na razie nie jestem wstrząśnięty, ale Bezkresy mogą jeszcze namieszać.

Posłuchać można tutaj.

Coals – Klan (wyd. własne)

Duet Coals nazapraszał gości, bardzo różnych i różnie przeze mnie cenionych/ocenianych (Dianka, Piernikowski, schafter, Bella Ćwir, Kubi Producent), ale nadal robotę robią tutaj rozmarzone/rozmazane, senno-kodeinowe cloudowe podkłady. Nawet jeśli wymienione osoby głównie robią gospodarzom jeśli nie bałagan, to nieporządek.

Czechoslovakia – hvst (wyd. własne)


Czechoslovakia, której wydana w 2017 roku płyta “Malimy” wypełniła część bolesnej pustki po nieodżałowanej Ewie Braun, tym razem koi właściwie w całości mój żal spowodowany faktem, że Złota Jesień podąża swoją ścieżką, nie oglądając się na nikogo i na nic, przez co nasze drogi nieco się rozchodzą. Mimo roszad personalnych zespół nie tylko przetrwał, ale i dojrzał, na “hvst” w bezkompromisowy sposób godzi tradycję z nowoczesnością i nie wiem, czemu miałby zostać niedostrzeżony przez wszystkich zasłuchanych w nowym polskim noise rocku. Nie widzę powodu, by nie wymieniać Czechoslovakii obok Weluru, Ugorów, Melisy czy zespołów wymienionych wcześniej. Pełne nieoczywistości i niedopowiedzeń, a przy tym konkretne, wręcz piosenkowe granie.


Grand Magus – Wolf God
(Nuclear Blast)

Podobnie nudna płyta heavymetalowa, jaką ostatnio słyszałem, to “The Book of Souls”. W sierpniu 2015 roku. Nie wiem, co mnie podkusiło, by sięgnąć po “Wolf God” (nie no, wiem, ale nie chcę wchodzić w polemikę z ludźmi i tekstami, chyba że prywatnie), ale z jednej strony wymęczyłem się strasznie, a z drugiej, trochę przykro mi jest, bo jednak słychać, że w tej muzyce chodzi o to, by nikogo nie nużyła. Ale w tle – albo w Trójce – można puścić. Jak ostatnie Judas Priest. Poprawna rzecz, taka na trzy z dwoma (u mnie dostanie 2.5), co najsmutniejsze.

List Otwarty – Hologramy (Soul)

Przypomina mi się dowcip. A raczej przykład, jak można swobodnie “dysponować” faktami, nie uciekając się do kłamstwa. Zepsuję i spalę, ale chodziło o to, że ścigali się ze sobą w biegu Amerykanin z Rosjaninem. Wygrał ten pierwszy. Sprawozdawca rosyjski ujął to zaś mniej więcej tak: “Świetnie wypadł Rosjanin, który zajął drugie miejsce. Fatalnie zaś spisał się Amerykanin, kończąc bieg na przedostatniej pozycji”. Może to co innego, ale jeśli przyjmę, że “Hologramy” są płytą mającą cokolwiek wspólnego z rapem, po czym oznajmię, że w tej niszy jest to jedna ze zdecydowanie najciekawszych tegorocznych pozycji, to co w ten sposób oznajmię i jakich zabiegów użyję? Dużo się na tej płycie dzieje, może zbyt dużo, a przy tym nadrzędną rolę odgrywają teksty, które jednych odrzucą, a drudzy… odrzucą. Trudno powiedzieć, dla kogo jest ta płyta, na pewno nie dla wszystkich, ale też nie dla wszystkich i dla nikogo, i nie dla nikogo. Patrzę na List Otwarty z obawą, z zadziwieniem, z pewnym podziwem, bo to już nie jest rap, nie jest też rapcore/rap rock, tyle tu wątków… Jazzowych, kameralno-kontemplacyjnych, progresywnych, triphopowych, tyle pięknych motywów i melodii, co mnie zadziwia, bo wiele rzeczy zostaje podanych z jakąś nieśmiałością, jakby niepewnie, cały niepokój pozornie skupia się w pełnych niepokoju frazach kolejnych wersów, a pewna poetycka – bo może tak należy ją lokować i nazywać – wrażliwość Bartłomieja Mieżyńskiego niekoniecznie jest bliska mojej, sam bym pewnie pytał, zakreślał i kreślił, poddawał w wątpliwość pewne fragmenty, ale ja to bym nawet teksty na “Nowej Aleksandrii” poddał redakcji, co już ktoś skwitował szczerym rozbawieniem i komentarzem, że to “koniec świata”. Ach, i jeszcze są tu nowoczesne (choć i tak pełnoletnie) odmiany metalu, trochę wysublimowanego popu… Przyznaję, że przy pierwszym podejściu czułem się tak, jakbym stanął przed ścianą czerni, której trochę się przeraziłem, ostatecznie nie robiąc kroku naprzód, tylko wycofując się całkiem. Jakbym w pewnej chwili skupiał się już tylko na tym, by czepiać się w myślach kolejnych słówek, rymów, sposobów ujęcia i obrazowania. Głupie. Wystarczyło się odważyć, by zobaczyć, że jest za nią cały świat. I pewnym problemem pozostają dla mnie tylko dwa utwory, “Rozlany” i “Sumieniawrony”, ale gdyby je porównać z tym, co wyprawia taki L.U.C, to i tak niebo a ziemia. Traktuję ten album jako przejściowy, ostatecznie oceniając całkiem wysoko, i uznaję, że prawdziwy potencjał i pomysł Listu Otwartego objawi album kolejny.

LOTTO – Pix (ep) (Instant Classic)

Trzecie moje starcie z LOTTO (nadal jestem do tyłu z debiutem). I nadal nie jestem na łopatkach. Tę epkę traktuję jednak jako niezobowiązujący eksperyment z tworzywem. Całkiem twórczy, swoją drogą. Może do czterech razy sztuka?

Possessed – Revelations of Oblivion (Nuclear Blast)


Nawet jeśli z zespołu została przede wszystkim nazwa, to gdy jest to TAKA nazwa, a nowa studyjna płyta pojawia się po trzydziestu trzech latach, to wypada taki powrót chociaż zauważyć i odnotować. Possessed nie wymyśla koła, bo nie da się tego zrobić po raz drugi, raczej koło zatacza. Krocząc pewnym, ciężkim krokiem. Death/thrash z innego świata, ale jednocześnie całkiem na czasie, mimo że obok wszystkich trendów czy mód. Dla mnie jednak bardziej thrash niż death, a przy takiej percepcji wniosek jest jeden: ten zespół wciąż gra w pierwszej lidze.

Sorry Boys – Miłość (Mystic)

Nie wiem, czy to dzieło istnieje w “kanonicznej” dyskografii grupy, ale uważam, że jej szczytowym osiągnięciem jest singiel “Winter” z 2007 roku (tak to przynajmniej mam otagowane, a sam materiał pochodził z oficjalnego źródła, którego teraz nie umiem żadną mocą namierzyć, i zawierał pięć utworów: “Jesus”, “Borderline”, “Winter”, “Easy girl” i “Chance”). No co ja mam biedny napisać o “Miłości”? Sorry Boys po debiucie – naprawdę dobrym – to nie jest mój zespół. Można by gorzko zażartować, przy tym nawiązując do słów singlowego utworu “Jesteś pragnieniem”, i zapytać: “po co? po co? po co?”. To nie jest już piękna muzyka – to muzyka glamour. Chciałbym słuchać piosenek śpiewanych w języku polskim, ale nie z takimi tekstami, pełnymi fraz tak egzaltowanych i przezroczystych zarazem, że potrafią niemal doprowadzić do łez. Nie są to jednak łzy wzruszenia. To takie, znów cytat, “z okruchów lepione ciasto z zakalcem lat”. To smutne, że ambicja zespołu lokuje się gdzieś między Trójką a RMF-em, względnie bycie tłem dla prezentacji kolekcji modowych lub kolejnych sezonowych ramówek TVN-u czy Polsatu.

A najlepiej odeślę tutaj, bo Odbiór ujął problem kompleksowo i bez kompleksów.

SYML – SYML (wyd. własne)


Reklama tej płyty wyświetlała mi się WSZĘDZIE. Nie pamiętam podobnej sytuacji. Owszem, napisałem o SYML parę słów na fanpage’u, sprawdziłem sobie epki, zdarzyło mi się wspomnieć o tym projekcie kilku osobom, kiedy wskazywałem “Where’s my love” jako przykład utworu może nie idealnego, ale modelowego, skrojonego idealnie pode mnie, ale nikt nie był w stanie polecić mi – mimo pytań i próśb – niczego podobnego. Na tym polu zawiódł (mnie) także stojący za projektem SYML Brian Fennell, który zamiast grać smutny indie folk/pop, robi wycieczki w stronę muzyki bardziej energicznej, a mnie organicznej. Większość rzeczy można było słyszeć gdzie indziej, w dodatku pewnie tam wypadało lepiej (Coldplay?), i znów zachwyca przede wszystkim wspomniany utwór, obecny już na dwóch wcześniejszych epkach (!!), a całość rozkręca się (a raczej zyskuje pewną świeżość) dopiero pod koniec, kiedy ścieżki się przecinają, i jest to przecięcie bolesne, bolesne przyjemnie, z mojej perspektywy. Poziom Winter Aid – już nawet nie mówiąc o Foreign Fields – to jednak nie jest
.

Tim Hecker – Anoyo
(Kranky)


Obawiałem się czegoś w rodzaju odrzutów z “Konoyo”, być może najlepszej płyty Tima Heckera, a tu proszę – dostaliśmy raczej pełnoprawny drugi krążek rozbitego na dwie części albumu. Logiczną i pełnoprawną kontynuacją, dopowiedzenie i zamknięcie wątków, finał elektroakustyczno-ambientalnej orientalnej opowieści. Na “Anoyo” nie ma… momentów. Jest trzydzieści pięć minut muzyki, której słucha się z zapartym tchem, a po złapaniu oddechu chce się ponownie zanurzyć w tych dźwiękach. Jakkolwiek głupio i banalnie to brzmi.

Posłuchać można tutaj.

Wishfield – Wishfield (wyd. własne)

Ihsahn + gitarowa alternatywa lat 90. + miękkie i ciepłe blackmetalowe ujęcia charakterystyczne dla tej dekady = Wishfield. Brzmi dziwacznie… i tak brzmi.

Posłuchać można tutaj.

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *