Z ręką na pulsie (#91-92): Drastus, Félix Blume, Saba Alizadeh, The Tallest Man on Earth, Vangelis, Weyes Blood (i in.)

Copeland – Blushing (Tooth & Nail)

Płyta, którą trzeba mieć na uwadze, ale i uważać na nią. Wydaje się przyjemnie nudna, jednak im bliżej końca, tym bardziej pochłania, a światła tam nie za wiele. Może przywołać pewne skojarzenia z “Double Negative” Low (w wersji bez części filtrów). Warto.

Drastus – La croix de sang (Norma Evangelium Diaboli)

“La croix de sang” pokazuje, że francuska scena blackmetalowa – obok islandzkiej czy polskiej – jest wciąż jedną z ciekawszych i bardziej znaczących w Europie. Rzecz dla fanów, myślę, takiego Funeral Mist chociażby, choć trzeba wziąć pod uwagę, że to rytualne obrządki, nie gusła dla gawiedzi.

Posłuchać można tutaj.

Durand Jones & The Indications – American Love Call (Dead Oceans)

Ta płyta mogłaby pewnie powstać pół wieku temu, ale cieszę się, że powstała teraz, że w ogóle powstała, i miałem szczęście jej posłuchać. Żadna muzyka nie wywołuje we mnie ostatnimi czasy podobnych uczuć jak dobry soul. Jeśli ludzie mają zostawiać po sobie takie “pamiątki” w człowieku, to mogą przychodzić i odchodzić, choćby bardzo bolało. A jeśli Durand Jones wraz z formacją The Indications ma nagrywać takie płyty jak “American Love Call”, to niech robi to jak najczęściej.

Posłuchać można tutaj.

Félix Blume – Fog Horns (Discrepant)

Nagrania terenowe koncertu na syreny mgłowe zarejestrowane w porcie w Pireusie, na stronie B przetworzone przez autora. Trudno to opisać, zresztą na papierze będzie to i tak brzmieć dość nieciekawie. A może się okazać, że “Fog Horns” jest albumem wręcz fascynującym. Choć w zupełnie inny sposób niż wstrząsający debiut Francuza.

Posłuchać można tutaj.

NIMBIFER – Demo 1 (wyd. własne)

Jeden z ciekawszych blackmetalowych albumów w tym roku – obok chociaż Funereal Presence czy Ashes. Zero oryginalności, niewiele więcej walorów produkcyjnych, ale duch, którym natchniona była druga fala gatunku, jest w muzyce Niemców NIMBIFER żywy i obecny.

Posłuchać można tutaj.

Rakta – Falha comum (La Vida Es un Mus)

Będę wracał do tej płyty choćby po to, by zrozumieć natury tej kraut-/noiserockowej magmy. Wszystko jest tu ciemne i niejasne – nie tylko na poziomie języka (nie znam więcej niż kilka słów po portugalsku), ale i samej atmosfery, natury (sama okładka już dobrze to oddaje).

Posłuchać można tutaj.

Saba Alizadeh – Scattered Memories (Karlrecords)

Na potrzeby tego miejsca mogę czasem mocno upraszczać, więc nikomu nie zdarzy się wielka krzywda, jeśli ujmę to tak, najkrócej: irański William Basinski. Chyba nawet z lepszą tegoroczną propozycją niż ten prawdziwy.

Posłuchać można tutaj.

The Tallest Man on Earth – I Love You. It’s a Fever Dream. (Rivers / Birds)

Byłem bliższy wzruszenia niż przy dwóch ostatnich płytach Mount Eerie. Nie porównuję ciężaru tych wydawnictw, jedynie swoje naturalne reakcje. Jednak nie tylko kobiety muszą rządzić w smutnym songwriterskim folku.

Uboa – The Origin of My Depression (wyd. własne)

Album dla wszystkich. A przynajmniej dla wszystkich tych, którzy nawołują do nieromantyzowania schorzeń psychicznych. Cóż, według mnie nawet w naturalistycznym ujęcie będzie jakiś romantyzm, ale tutaj jest go możliwie niewiele. Taką płytę mógłby nagrać Furtek, ale mam nadzieję, że nigdy nie będzie potrzebował.

Vangelis – Nocturnes (Decca)

Przetworzenie kilku tematów z “Blade Runnera” i “L’Apocalypse des animaux” to dostateczny powód, by sięgnąć po tę płytę. Minimalistyczne ujęcie całości zaś wystarczy, by się zauroczyć. Zresztą tego, czego nie powie nazwisko kompozytora, dopowie podtytuł dzieła: “the piano album”.

Weyes Blood – Titanic Rising (Sub Pop)

Nie wiem wprawdzie, skąd taki hype (w tej chwili pierwsze miejsce na liście rocznej portalu RateYourMusic), ale to bezsprzecznie bardzo ładny, i ładnie niemodny, pop. Weyes Blood brzmi trochę jak Julie Byrne, a w samej muzyce słychać podobną melancholię – sam się dziwię i zastanawiam – co w Abbie.

Posłuchać można tutaj.

Yola – Walk Through Fire (Easy Eye)

Patrz: notka o “American Love Call” (może wyłączając pierwsze zdanie). A tak poważnie, to polecam. Zawsze jak słuchałem takiej muzyki, to w tle padał komentarz “ty nie słuchasz takiej muzyki”. Więc może lepiej się nie wymądrzaj. Tym bardziej że zupełnie wyczerpałem niewielki limit kreatywności przy tworzeniu tego wpisu.|

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *