Z ręką na pulsie (#89-90): Baṣnia, Hania Rani, Hańba, Janusz Jurga, Próchno, Tryp (i in.)

Baṣnia – No Falling Stars And No Wishes (wyd. własne)

“No Falling Stars And No Wishes” brzmi jak płyta z innej epoki, nie będąc przy tym ani wymuszoną próbą modnej retrostylizacji, ani żadną osobliwością. Jest w dodatku czymś więcej niż sumą inspiracji (za autorką: cold wave, melodyjny post punk, ethereal wave, brzmienia powiązane z 4AD). Nie wiem, jak duża w tym zasługa zasłużonego producenta, Waldemara Sorychty, ale baṣnia uchwyciła coś nieuchwytnego, czego nie jestem w stanie oddać. Boję się, że równie łatwo ten album zlekceważyć co przegapić lub potraktować jako rzecz skierowaną do bardzo specyficznego grona odbiorców (stereotypowo: dla bywalców Castle Party), ale… Jeżeli uważasz, że to muzyka zupełnie nie dla Ciebie – przekonaj się, że nie masz racji. Jestem urzeczony.

Posłuchać można tutaj.

Brzoska/Marciniak/Markiewicz – Wpław (Fundacja Kaisera Söze)

Oszczędnie, ale za to pięknie ilustrowanej dobrej poezji nigdy za wiele. Nie wiem, czy ta płyta wymaga głębszego zanurzenia niż “Brodzenia”, czy jest mniej przejrzysta i bezpieczna, ale nie jesteśmy z cukru, by być się wody. Tym bardziej że mimo bliskości śmigus-dyngusa żaden z panów jej nie leje. Najwyżej ja. Warto się przeprawić.

Posłuchać można tutaj.

Hania Rani – Esja (Gondwana)


Jestem fanem dwóch ostatnich epek Nilsa Frahma. Muzyka Hani może tak… nie rani (przepraszam za swego rodzaju poufałość i niewyszukany żart), ale nie sposób odmówić jej czaru i piękna. Wydaje się, że dla kogoś, kto umie grać na fortepianie/pianinie, zagranie kilku(nastu) dźwięków jest najprostszą rzeczą na świecie, ale aby każdy rezonował w słuchaczu, by rezonował choć jeden, potrzeba czegoś więcej. Potrzeba… tego czegoś. I Hania Rani, tak myślę, to ma.

Posłuchać można tutaj.

Hańba – 1939 (Antena Krzyku)

Widać punk rock to muzyka podwórek. Przedwojennych. Warszawskich. Lubiłem Hańbę od pierwszych epek i nie mam powodów, by przestać. Nie wiem, czy za chwilę nie staną się drugim Lao Che (a czas płynie, niedługo wrzesień ’39, czas niepokoju przerodzi się w czas wojny), czego po części im życzę, ale urzeka mnie – i trochę przeraża – to, jak sięgając po archaiczne środki i dawną poezję (Zuzanna Ginczanka, Tadeusz Hollender Władysław Szlengel i Józef Wittlin) można opowiedzieć o współczesności. Kiedyś mieliśmy Siekierę, dziś mamy Siksę i Hańbę.

Posłuchać można tutaj.

Janusz Jurga – Hypnowald (Opus Elefantum Collective)

Może różnica między “Hypnowald” a “Duchami Rogowca” (czy splitem z Docetism) polega na tym, iż to nie Janusz Jurga zabiera nas do lasu, który jest mu blisko, tylko my możemy zabrać do lasu, który jest bliski nam, Janusza Jurgę. A przynajmniej tę płytę. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego “Pop” jest najlepszą płytą GAS. Po prostu (tak) jest. Podobnie z “Hypnowald”. I wiem o tym, mimo że jeszcze na taki spacer – późnowieczorny, by zmrok nastał przed drogą powrotną – jeszcze się nie wybrałem.

Posłuchać można tutaj.

Joan Silentio – Dante’s answer (wyd. własne)

Ta epka podoba mi się bardziej od poprzedniej. Więcej tu samej Joan Silentio, choć wciąż nie jest sama. Nie mogę postawić się na miejscu kogoś tak utalentowanego (ani na miejscu kogokolwiek jakkolwiek utalentowanego), ale w takim przypadku współpraca twórcza przywodzi mi na myśl hipotetyczną myśl Marcina Świetlickiego, by powierzyć pisanie tekstów na równie hipotetyczną nową płytę Świetlików sąsiadce, o[d] której dowiedział się, że pisuje coś do szuflady. Fajnie, że znów jest intymnie, i że choć w części po polsku. To, że mowa o jednym z najciekawszych – i wciąż nie(do)słyszanych – głosów w polskim niezalu, w żadnym razie się nie zmieniło.

Posłuchać można tutaj.

młody dzban – Tryptyk sobotni (wyd. własne)

Mikstejp najłatwiej było skwitować krótkim “może być”. Tej epki mogłoby nie być. Ale ciekaw jestem poważnych nagrywek, bo kto wie, czy nie wyjdą młodemu dzbanowi lepiej od naigrywania [się]. I czy nie wyjdzie dobrze na nich.

Mord’A’Stigmata – Dreams of Quiet Places (Pagan)

Wszystko, czego (nie) można oczekiwać od post black metalu. I może jeśli do transu dodać agresję, nie otrzymamy transgresji, ale Mord’A’Stigmata nie przekracza granic świadomie. Szerokie ramy stylistyki, które wyznaczyli inni, potrafi za to przekonująco wypełnić. Odnoszę wrażenie, że zespół pozostaje w drugim szeregu, podczas gdy wydaje się jednym z ciekawszych na krajowej scenie, co nową płytą jedynie potwierdza.

Posłuchać można tutaj.

Nac/Hut Report – Wszystko jeszcze jest (Crunchy Human Children)


Jeśli “Spirit of Eden” Talk Talk jest płytą, która do ostatniego dźwięku się zaczyna, to “Wszystko jeszcze jest” Nac/Hut Report od pierwszego dźwięku się… kończy. Przyjmując, że to noise pop, trudno byłoby orzec, czy to bardziej dekonstrukcja, czy destrukcja. Najlepiej słychać owo “jeszcze”. Bo że “wszystko”, i że “jest”, to już tylko kwestia wiary.

Posłuchać można tutaj.

Owls Woods Graves – Citizenship of the Abyss (Malignant Voices)

Może śmieszki z Darkthrone nagrywałyby takie płyty od “The Cult Is Alive”, gdyby tak nie śmieszkowały? Jako człowiek prosty lubię w prostej muzyce prostotę, może nawet pewną ordynarność. Bo czemu z czegoś, co jest zwykłe, robić wielką sztukę? Trochę black metalu, trochę (więcej?) punk rock i voilà! Działa, bo formuła jest sprawdzona i musi działać.

Posłuchać można tutaj.

Próchno – Próchno (Gusstaff)


Początek albumu, nie wiedzieć czemu, kojarzy mi się z “Ja wychodzę, ty zostajesz” Ugorów. Z tą różnicą, że wybuch nie następuje, a rozładowanie plemiennego napięcia następuje co najwyżej w formie niejednoznacznych, przywodzących na myśl “Nową Aleksandrię” fraz. Może Siekiery jest nawet więcej, ale przez las idzie się tu z kosą. Korzenny noise rock, który sięga do korzeni po to, by wyrwać je z wilgotnej ziemi o zapachu rozkładającego się drewna. Jeżeli można powiedzieć o jakiejś muzyce, że jest nasza, słowiańska, i nie mieć przy tym nic zł[ośliw]ego na myśli, to wypada tak mówić o “Próchnie”.

Posłuchać można tutaj.

Tryp – Trypolis (Requiem)

Zmęczenie, ekscytacja, irytacja. rozdrażnienie. Uczucie być lekko poruszonym i dotkniętym. Innym razem beznamiętna obojętność. Raz tak, raz nie, raz bardzo, raz nie bardzo, raz bardzo nie. Chwilami to jakaś zakonspirowana półpoezja, chwilami zaś jawna i pyszna grafomania. Trochę koncept dla konceptu, a jednak w pomyśle jest myśl, której może się nie spija, ale która spaja. Tło muzyczne, nawet kiedy rozchlapuje się na cały obraz, jest tylko tłem. Raz przyjemnie nieprzyjemnym, raz nieprzyjemnie przyjemnym. Album nie ukazał się w 2004 roku, bo gdyby tak było, dziś pewnie byłby klasykiem. I może to największa z jego wad, którą umiem nazwać.

Posłuchać można tutaj.


(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *