Z ręką na pulsie (#86): Ashes, Dead Swords, Elizabeth Colour Wheel, Hunter, Jan-Rapowanie & Nocny, The Caretaker

Ashes – Ashes (Malignant Voices)

Sięgnąłem tę płytę z powodu reklamy, która mi wzięła wyskoczyła nagle, a zanim wzięła zniknęła, to zdążyłem odczytać nazwę zespołu i coś o wczesnej Katatonii. No cóż, ktoś ewidentnie wiedział, jak targetować, bo trafił. No i wprawdzie nie jest to black metal, jaki znamy z “Dance of December Souls”, ale i tak dostajemy najciekawszą jak na razie krajową płytę z tych klimatów w tym roku. Im bardziej chłopaki z Ashes zwalniają, tym jest ciekawiej, a że dominują raczej wolne tempa… Dodatkowy plus za wyraźnie depresyjny klimat (ten klawisz pod koniec “Dissolve to Oblivion”…) bez uciekanie w szufladkę DSBM.

Posłuchać można tutaj.

Dead Swords – Enders (wyd. własne)

Jeszcze dwa słowa o Katatonii. “Enders” pokazuje, co mogłoby się stać, gdyby niedługo po tym, jak Jonas Renkse przestał udawać Roberta Smitha i nauczył się śpiewać, postanowił z kolegami grać shoegaze. Finezji w muzyce Dead Swords zbyt wiele pewnie nie ma, ale jest sporo serca. Więcej niż na wszystkich płytach Szwedów po “Discouraged Ones” razem wziętych.

Posłuchać można tutaj.

Elizabeth Colour Wheel – Nocebo (The Flenser)

Skoro notka upływa pod znakiem gdybania, to kontynuujmy. Tak wyobrażam sobie wspólną płytę Swans i Anny von Hausswolff, która pewnie nigdy nie zostanie nagrana. Jest hałaśliwa, surowa, ale bywa i przepiękna (“Bedrest”). Noise rock mieszczący w sobie shoegaze, post-hardcore i ekstremalne formy metalu nie mógłby być zły.

Hunter – Arachne (Warner)

Nie wiem, kto jeszcze słucha Huntera. Kiedy zespół grał jeszcze muzykę będącą osobliwą mieszanką wpływów Metalliki (kanciastość) i… My Dying Bride (płaczliwe wokale, smętne smyki), to nawet przy wplataniu tych nieszczęsnych gier słownych i myleniu Styksu z Hadesem (sic!), czyli na wysokości trzeciej płyty, miało to jakiś – osobliwy – sens. A teraz? Jest Nocny Kochanek. I są “prawdziwe” metalowe zespoły. Hunter stał się takim Kultem, który gra swoje, ale istnieje gdzieś poza jakimikolwiek nurtami.

Jan-Rapowanie & Nocny – Plansze (SBM)

bluza uj*bana winem, wory pod oczami
tylko po to, żeby parę godzin być tak zakochani
znowu wziąłem narkotyki, a przecież tego nie robię
gram w tobie, winda między piętrami i splecione dłonie
za tę buzię tobym oddał milion, przynajmniej winko
nawet nieotwarte, przejmujemy wannę
miałem tego nie pisać, nie robić, ale znów samo wyszło
mamy dziś wspólne łóżko, od jutra osobną przyszłość, myszko
szukamy mocnych bodźców
ty znów nie mówisz czekaj, ty znowu mówisz chodź już
młoda, wiem, gdzie cię chwycić, wiem, gdzie cię dotknąć
wiem, gdzie położyć usta, wiem, kiedy delikatnie, kiedy mocno
dolewam wódy do szklanki, ty się zaciągasz gibonem
pofruwamy, młoda, se po chmurach, moment, nie mów
miepotrzebnie, jeśli chcesz, to użyj krzyku
jakoś wcale mnie nie cieszy to, że z żadnym tak nie miałaś, promyku

W konkursie na polskiego rapera z największą wadą wymowy mógłby rywalizować z Księciem Kapotą. W konkursie na najpaskudniejszą apostrofę (“młoda”) konkurencji by już nie miał.

The Caretaker – Everywhere at the End of Time – Stage 6 (History Always Favours the Winners)

Warto. Oj, warto. Choćby dla samego finału. Dla niego warto było – i wciąż jest – poznać wszystkie poprzednie części. Ileś razy pisałem, zę Leyland Kirby to kuglarz, który zna jedną sztuczkę. Ale teraz okazało się, że jest to sztuczka magiczna. To być może najlepsza płyta odchodzącego w niebyt The Caretaker. I jakby na przekór konceptowi ostatniego wydawnictwa – będę pamiętał.

Posłuchać można tutaj.

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *