Z ręką na pulsie (#83): Daniel Spaleniak, Efdemin, NIhiloxica, Rotting Christ, Truchło Strzygi, Wiry

Daniel Spaleniak – Burning Sea (Antena Krzyku)

Słucham, spoglądam na czas trwania poszczególnych utworów, słucham… I zadaję sobie pytanie: czy to miało być to? Różnica między “Burning Sea” a wydaną w marcu 2018 roku płytą “Life Is Somewhere Else” jest mimo wszystko znaczna. Gdyby albumy ukazały się w odwrotnej kolejności, to wtedy pomyślałbym, że mamy do czynienia z całkiem zaskakującym, ale jednak następstwem. Chcę myśleć o “Burning Sea” jako o pewnej zapowiedzi. Bohater zdjął kowbojski kapelusz, siedzi nad kanionem i oparty się plecami o rosnące tam pojedyncze, wyschnięte drzewo obserwuje wschodzące słońce. Ale gdy ono wzejdzie, ruszy.

Efdemin – New Atlantis (Ostgut Ton)

Choć więcej tu migotania niż pulsu, a samo “New Atlantis” ani nie przyprawia o szybsze bicie serca, ani specjalnie nie reguluje jego tempa (rytmu też nie), to jest to propozycja interesująca. Gdyby miasto z Blade Runnera gasło, to mielibyśmy odpowiednie tło muzyczne do eksploracji jego ciemniejszych zakamarków.

Posłuchać można tutaj.

Nihiloxica – Biiri (ep) (Nyege Nyege)

Ugandyjska Nihiloxica wykorzystuje cały arsenał bębnów (z syntezatorową odsieczą), by odtworzyć plemienny rytuał w klubie techno. I robi to w taki sposób, że ta muzyka jest mi bliższa niż 98% słowiańskiego folku.

Posłuchać można tutaj.

Rotting Christ – The Heretics (Seasons of Mist)


“Ветры злые” to najgorszy utwór, jaki słyszałem w tym roku. Całe “The Heretics” jest jak piąta herbata zaparzona z tej samej torebki. Picie przegotowanej wody to żadna tortura, ale należy nazywać ją przegotowaną wodą. W tej muzyce (już nie piszę “w tym black metalu”) tyle jest muzyki, ile herbaty w takim wywarze. I niczego nie ratują – bo jak – fragmenty kopiujące Behemotha kopiującego Watain.

Truchło Strzygi – Nad którymi nie czuwa żaden stróż (Godz ov War)

Zaczynam tych śmieszków traktować poważnie. Fakt istnienia kolejnym inkarnacji niewędrownej trupy Darkthrone muszę bowiem przyjąć z radością. I nie smucić się niezbyt ubogacającym muzykę walorem komediowo-autoironicznym. Wszak Nocny Kochanek to nie jest. Na szczęście.

Posłuchać można tutaj.

Wiry – Łuna (Dreamland Syndicate)

Wiry, jak przekonuję się po raz kolejny, są nieprzewidywalne. “Łuna” to prawdopodobnie najciekawszy materiał zespołu. Z jednej strony, wydaje się luźnym darkjazzowym szkicem, ale z drugiej jest to szkic pełen frapujących szczegółów, a swobodne podejście do (odejście od?) struktur utworów tylko podkreśla oniryzm tych dźwięków. Najbliżej im – tak czuję – do Exit Oz. Idąc tym tropem, powiedziałbym, że “Łuna” to “Împământenit” po uczuciowej, ale i uczciwej redakcji.

Posłuchać można tutaj.

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *