Z ręką na pulsie (#82): Dark Fury, Nivhek, Otsochodzi, Rome, Tomasz Kunicki, Xiu Xiu

Dark Fury – Flooded Lands (Lower Silesian Stronghold)

Zrobię wyjątek, jeden w roku wystarczy, ale dla takich płyt powinno być specjalne miejsce. Ciemniejsze, bardziej zimne i puste niż moje serduszko. Takie, z którego nie dałoby się ich – choćby za sto lat – wydobyć. Moja niechęć jest tym większa, że chodzi o brukanie treścią, której nie można nawet nazwać brukową, muzyki bardzo mi bliskiej.

A jeśli już ktoś musi posłuchać Dark Fury, to polecam zespół w wydaniu live, wśród (samych) swoich. Tam forma (także fizyczna) nadąża za tzw. treścią.

Nivhek – After Its Own Death / Walking in a Spiral Towards the House (Yellowelectric)

Moja radość spowodowana faktem niespodziewanej premiery nowego albumu Liz Harris szybko ustąpiła na skutek jego zawartości. Niemniej to miłe, że mogłem się ucieszyć, bowiem zdarza sie to niezwykle rzadko. Kilka godzin przed dowiedzeniem się o fakcie premiery słuchałem “Violet Replacement Part II” Grouper. Gdyby tak brzmiała część trzecia, moje rozczarowanie byłoby jeszcze większe. To album pełen przyjemnej, momentami kojącej, ale jednak pustki. I to takiej bezdusznej. Ot, oszczędny w środkach (w środku) ambient pełen eterycznych wokali (albo: wokaLiz, hah). Wolałbym jednak trzecią część “Ruins”.

Posłuchać można tutaj.

Otsochodzi – Miłość (Asfalt)

No, z pierwszego utworu nie zrozumiałem dosłownie NIC. Jakby był w jakimś nieistniejącym języku. W dodatku wymamrotany pod nosem. Ale jakoś się, ojej, wkręciłem. Nie żeby to było cokolwiek wielkiego. Cała ta “Miłość”* nie jest nawet ciekawa. Nie polecam. Otsochodzi nie ma do zaoferowania nic od siebie, tylko typowe (po)nowoczesne pustosłowie, co nie znaczy, że jest mniej zdolny od swoich kolegów. Ba, słucha się go nawet przyjemniej niż innych, bardziej – uch! – wyrazistych zawodników. Z drugiej strony, jak tak leci ostatniutworu, to myślę, że na hejt również trzeba sobie bardziej zasłużyć. Cóż.

* Szkoda, że tytuł nie został zapisany małą literą.

ROME – Le ceneri di Heliodoro (Trisol)

Zaletą “Le ceneri di Heliodoro” jest to, że bawi, a nie przeraża. Jednak nawet rozbawienie stanowi pewną reakcję obronną wobec treści, a przede wszystkim formy. Zaraz po wybrzmieniu ostatnich dźwięków “Desinvulture” podrzuciłem płytę osobie, która sympatyzuje z neofolkową stylistyką, a jeszcze bardziej z otoczką. Dodałem przy tym – jako że sam nie jestem sympatii owego dziewczęcia, a raczej szczerej niechęci – że album jest okropny, poza finałowym utworem, a ona nie zwykła się ze mną zgadzać. No ale tym razem niezależnie ode mnie – i może od siebie – wydała werdykt identyczny, a to coś znaczy. Kanciaste, karykaturalne, odpychające, a ponoć także ciepłe.

Posłuchać można tutaj.

Tomasz Kunicki – Rooms (bypass squad)

“Rooms” dowodzi, że hip hop instrumentalny ma naturalną przewagę nad podejściem tradycyjnym, a generalnie nawet najlepsze zwrotki tylko kładą podkłady. Przechadzka po pokojach nie trwa długo, dzięki czemu jest przyjemna i nie nuży, autorowi zaś starcza talentu i pomysłów, by przez szesnaście minut takie zwiedzanie urozmaicić. Jeśli komuś podobało się to, co robi choćby Typol czy ka-meal, to powinien sięgnąć po epkę Tomasza Kunickiego, bo godzi tradycję ze współczesnością w sposób niebudzący dezaprobaty czy sprzeciwu.

Posłuchać można tutaj.

Xiu Xiu – Girl With Basket of Fruit (Polyvinyl)

Poprzednia płyta Xiu Xiu miała jedną trudną do przeoczenia/przełknięcia wadę – nie dało się jej słuchać. W przypadku nowej problem ten nie występuje, ale już o powód, by wracać do “Girl With Basket of Fruit”, znaleźć byłoby trudno. Jako eksperyment, jednorazowe słuchowisko, może zaintrygować, ale te trzydzieści sześć i pół minuty dość losowych i nie dość interesujących dźwięków, które stanowią podkład dla mantryczno-maniakalnych fraz, to i tak za dużo.

Posłuchać można tutaj.

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *