Z ręką na pulsie (#80): Hermóðr, Holak & Frosti Rege, Mirt, Nils Frahm, PEGAZ, Weezer

Hermóðr – Forest Sky (wyd. własne)

Black metal dla każdego… kto nie lubi black metalu. Bo jak się takiemu komuś spodoba, to będzie miał argument – w dodatku w tym przypadku bardzo trudny do obalenia – że to muzyka niekoniecznie warta uwagi. A jeśli jednak wyjątkowo podejdzie, to wyjdzie na moje. Gdyby doszło wówczas do polemiki, należy sięgnąć po coś… prawdziwego z owej niszy. Hermóðr chwilowo próbuje grać jak Windir, ale zamyśla się w połowie pierwszego riffu (w wariancie odpowiednio ściszonym), czasem po prostu niepostępowo snuje i smęci wołające o pomstę do piekła (że zrobię taki followup do pewnej dawnej recenzji z pisma/zinu Mega Sin) postne pasaże dźwięków. Dałbym dwa punkty, ale jak wejdzie quasifolkowa melodia, i to raczej z tych skocznych, to robi mi się smutno. Może więc RYM-owy tag “depressive black metal” ma sens.

Holak & Frosti Rege – Tego nie widać, to słychać (Universal)

Jeśli chodzi o rap, to ta płyta jest wszystkim, co od niego odrzuca. Seksistowską, hedonistyczną, wulgarną kreacją. Nie odmawiam talentu żadnemu z panów, ale pisanie o tej płycie nawet trzech zdań to już i tak przesada.

Mirt – Floppy Disk Suite (Pionierska)

Nie wiem, czy to jeszcze muzyka, czy rodzaj artystycznej instalacji, może manifestu (bo notka towarzysząca albumowi jest manifestem [wy]szeptanym), ale nie czuję, bym zmarnował dwie i pół minuty. Właściwie rusza mnie tylko to, że nie potrafię skończyć tych kilku zdań, zanim zachodzi konieczność ponownego odtworzenia tej dość suity. Ona sama broni się za każdym razem coraz lepiej. Nawet poza kontekstem i bez nośnika (pamięci). Na tyle, że gdy zaczynam puentę, odtwarzam dziełko Mirt po raz trzeci.

Posłuchać można tutaj.

Nils Frahm – Encores 2 (Erased Tapes)

Druga część jednej z mojej ulubionych ubiegłorocznych epek. Trzydzieści sekund wystarczy, by zorientować się, że tym razem jest równie dobrze. Wydaje się, że zagranie takich minimalistycznych utworów to nie jest nic wielkiego, bo cóż to poplumkać sobie w klawisze, ale plumkać w klawisze to mogę sobie ja, pisząc te notki. Dla takich, którzy jednak kręciliby nosem, i nie wzruszy ich choćby “A walking embrace” (tylko pytanie: jakim cudem?), jest – podobnie jak poprzednio – ostatni utwór, czyli ponad dziesięć (a nawet ponad dwanaście!) minut technoidalnego (?!) ambientu.

PEGAZ – Taśma no.1 (wyd. własne)


Formacji Panowie rośnie konkurencja. A jak podrośnie, to kto wie…

Posłuchać można tutaj.

Weezer – Weezer [Teal Album] (Crush)

No dobrze, to jest trochę tak, że tonący brzytwy się chwyta, ale czy album z coverami to dla Weezer ostatnia brzytwa ratunku? No dobrze, żadna z zaproponowanych wersji nie ma większych szans w zestawieniu z oryginałem, ale jejku, przecież ewidentna wtopa się nie trafia. Wszystko jest odtworzone sprawnie i ze smakiem. No dobrze, może to, że właśnie odtworzone, stanowi największy zarzut (obok, uch, memiczności, jak sądzę), ale jeśli w Twojej okolicy działa równie dobry coverband, to… No nie wierzę w to, nie ukrywam. Może moja pozytywna opinia bierze się z tego, że panowie nie porwali się na przerabianie żadnego utworu, który byłby dla mnie jakąś małą świętością, ale ciii…

No a że może im się udać “Paranoid”, tobym nie pomyślał.

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *