Z ręką na pulsie (#76): Agnieszka Chylińska, Behemoth, L.U.C, Manes, Ryszard Makowski, Spiritualized

Agnieszka Chylińska – Pink Punk (Warner)

Dziesięć lat temu, jak myślę, panią Agnieszkę prowadził pod rękę pan Jacek, którego z kolei prowadzi przez życie Białe Rytmiczne Zwierciadło. Refleksja jest taka, że zeszli na manowce, które bynajmniej nie są cudne, a tylko pan Jacek, któremu przewodnikiem Żółty Samoistny Człowiek, może odnaleźć drogę powrotną. Jeszcze niedawno z niewysłowioną konfuzją – zresztą w istocie nie wysławiałem tejże – mogłem reagować na wyznanie, iż da się traktować utwór “Nie mogę Cię zapomnieć” w kategorii “guilty pleasure”, ale teraz wtedy poddawałem w wątpliwość przyjemność, dziś poddałbym grzeszność. Bo “Pink Punk” (tytuł oddaje treść, nie powiem) to takie – idąc za Kazikiem – pokazywanie dna od spodu. A że nie piję, i musiałem (?!) tego wysłuchać, to nie wiem, co myśleć. Rozumiem, że to walka z jakimiś demonami, którym nie nadano imion, ale jest to walka – przynajmniej na froncie słowno-muzycznym – przegrana w sposób druzgocący i przykry.

Behemoth – I Loved You at Your Darkest (Nuclear Blast)

Po dwóch pierwszych singlach bałem się kolekcji strasznych odrzutów z „The Satanist”, takich szybko zarzuconych wówczas szkiców, z których nagle ma powstać pełnowartościowy obraz. Były wtórne, nudne i złe. Na szczęście choć płyta jest tylko nieśmiałym zerkaniem przez wyłom, jaki został wykonany poprzednio, to wypada wcale nieźle. Owszem, to granie trendziarskie i bezduszne, w którym pierwiastek talentu musi być marginalizowany, bo wszystko ma się zgadzać nie tutaj, a w słupkach sprzedaży, ale trudno się obrażać, że zespół będący w takim miejscu nie robi nagłego odwrotu. I że wyszedł mu rock, nieco bez tożsamości (aluzyjny żarcik!), niepotrzebnie skąpany w czarnej polewce.

L.U.C – Good L.U.C.K (Agora)

Wstydliwe wyznanie: kiedyś nawet lubiłem typa. Ot, cudak. Ale potem ten cudak zaczął mi wyskakiwać z lodówki. Wprawdzie zanim zawiązał się Chór Apologetów Cudaczności, to już niby łapałem, że L.U.C pisać nie umie za nic* (starczy poczytać teksty, a jeśli to nie wystarczy, to “powiastkę”, którą wydrukowano w książeczce “Planet LUC”), ale przecież nie musi mieć pióra na miarę Nike (choć ktoś zakrzyknie, że i tam nie trzeba mieć… pióra), skoro po prostu nawija jakieś tam osobliwe bzdurki. Mocno mi to śmierdziało już na wysokości klocka, którego ów pan był postawił w formie artystycznej instalacji przed Galerią Dominikańską, a którą to mijałem – fakt, z drugiej strony ulicy – zdecydowanie zbyt wiele razy, a później po prostu przybrało na intensywności, że się tak niegramatycznie wyrażę. Obecnie ranga tego multidyscyplinarnego artysty jest taka, że “Good L.U.C.K” można bez szkody i omyłek ocenić bez słuchania, oszczędzając sobie niedobrych dla zwykłego śmiertelnika silnych emocji. Nagrywa płyty dla siebie, po prostu, a że się nimi z kimś dzieli? Cóż, nie mnie go osądzać.

Życzę powodzenia.

* Rover (vide opowiadanko z fizyka “Odźwiernego”) jest JESZCZE gorszy.

Manes – Slow Motion Death Sequence (Debemur Morti)

Osoba, której opinia – na dowolny temat – jest dla ważniejsza od własnej i skłania każdorazowo do zrewidowania poglądu, była urzeczona tym albumem, więc choć w reakcji umiałem odrzec tylko coś w stylu “no lepsza niż płyta A Perfect Circle”, co w żadnym razie nie może być odczytane jako sąd szczególnie entuzjastyczny, musiałem poświęcić Norwegom parę chwil po raz kolejny. I może tym razem rzucę – co mogłoby być prowokacją, ale raczej taką, która ma rozbawić – że “no nie gorsza niż ostatni Ulver”. Albo raczej żartowaniem w taki sposób, w jaki żartuje się z kogoś, kogo bardzo się lubi. Ale naprawdę: świetna rzecz. Wydaje się początkowo dość nieporadna, może wręcz przaśna, choć z drugiej strony, to samo dałoby się powiedzieć o takim “Perdition City”. Pewnie kwestia zakorzenionej głęboko świadomości, że Manes wyrósł – i dobrze! – z black metalu, mąci odbiór i patrzy się na to jak na niezgrabne próby zmagań z nową (sic!) materiał. Płyta została niemal zupełnie przegapiona, choć marka zespołu jest dość zna(cz)na, co jest niesprawiedliwe i smutne.

Z owego szacunku do opinii wynika obecność Manes w tej playliście.

Ryszard Makowski – Ryszard Makowski (Polskie Radio)

Słuchałem już wcześniej pana Ryszarda, nie tylko w Kabarecie OT.TO., ale dopiero teraz, od pierwszych dźwięków, skojarzyłem jego na swój sposób rozkoszne próby śpiewu z kreskówkową postacią Patryka Rozgwiazdy, kumpla gąbczastego Spongeboba. I wyobrażając sobie, że oto animek nagrał prawdziwy album, mogłem spojrzeć na owe starania, na cały walor literacki, pod innym, szerszym kątem. A także o wiele bardziej życzliwie, zdawszy sobie sprawę z ograniczeń intelektualnych i dobrych intencji postaci stworzonej przez zmarłego niedawno Stephena Hillenburga. Mimo wszystko muszę z pewnym smutkiem przyznać, że wolałem pana Ryszarda w duecie z Tym Drugim Gościem ze Studia Yayo (co oni tam nadają!). I nie chcę pisać, jak mogliby to uczynić członkowie frakcji #kiedyśtobyło, że dwadzieścia lat temu mieliśmy KOC i T-Raperów znad Wisły, teraz zaś mamy to, bo to raczej płyta dla ludzi, którzy ostatnie dwadzieścia lat z okładem przespali. Choć wolę nie mieć pewności, czy dla ludzi. Tak na wszelki wypadek.

Spiritualized – And Nothing Hurt (Bella Union)

Lubię myśleć, że “A perfect miracle” to “Ladies and gentlemen…” dwadzieścia (jeden) lat później, taka peryfraza statusu (stanu?) “to skomplikowane”, ponowne otwarcie tej samej rany. Zabrzmi to może śmiesznie, ale nie wiem, czy “And Nothing Hurt” nie wypada jako całość minimalnie lepiej niż tamten kosmiczny, porozstaniowy lament. Jest wyciszona, ale przeszyta na wskroś niepokojem i bólem tak, jakby stały się żywą, niemożliwą do wycięcia naturalną tkanką. Wymaga uwagi i zaangażowania, za które potrafi wynagrodzić. Jeśli pogodzenie się z czymkolwiek można utożsamić z pogodą, to jest również pogodna. Jak moja reakcja na to, że to prawdopodobne pożegnanie ze sceną. Piękne pożegnanie.

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *