Z ręką na pulsie (#72): André 3000, Chthe’ilist, Deafheaven, Immortal, llovespell, Urfaust

André 3000 – Look Ma No Hands (wyd. własne)

Może to dlatego, że OutKast nigdy nie było dla mnie, stało u podstaw reakcji bliskiej szoku, jaką wywołała u mnie epka “Look Ma No Hands” André 3000. Właściwie był on coraz większy, z każdą minutą, a zaczął się od zaskoczenia wywołanego obecnością wydawnictwa w rankingu rocznym na RYM-ie (ale jak widzę, i sam duet jest tam ceniony bardzo wysoko), które zostało spotęgowane tagami, jakimi zostało opatrzone, a potem swoje stopniowo dokładała już sama muzyka. Pierwsze cztery i pół minuty, na które składa się lekko melancholijna półballada z towarzyszeniem pianina, może jedynie intryguje, ale trwająca ponad kwadrans instrumentalna kompozycja tytułowa to ogień. Mimo że jest to ogień, nad którym artysta w pełni panuje, nie pozwalając sobie na budzące wątpliwości co do myśli kompozytorskiej szaleństwo i bezład. Niby awangarda, ale taka mądra i z sercem.

Posłuchać można tutaj.

Chthe’ilist – Passage Into the Xexanotth (Profound Lore)

Mam taki problem z death metalem, jaki miałaby pewnie osoba zupełnie niezaznajomiona z gatunkiem, czyli wszystko niemal wszystko wydaje mi się jednakowe. I jednako(wo) takie sobie. Chthe’ilist na “Passage Into the Xexanotth” porywa mnie bardziej od innych premier z tych klimatów, czyli jakkolwiek. Stąd wmianka i wyróżnienie w formie tejże. Jeden autorski numer, jeden cover Crematory i do domu. Mnie to pasuje.

Posłuchać można tutaj.

Deafheaven – Ordinary Corrupted Human Love (Anti-)

Najlepszą recenzją – to znaczy najpełniejszą – muzyki Deafheaven, jaką mogę napisać, jest przypomnienie tego incydentu. Może obrażam się na to, że blackgaze, albo że to dla mnie – nawiązując do muzycznego bohatera ostatnich dni, także na tym skromnym blogu – to swoisty Taco Hemingway black metalu (czyli twór wyrosły na gruncie danej stylistyki, ale rozsadzający ją nieumiejętnym, pozbawionym głębokiego uczucia i zrozumienia podejściem), w dodatku zaliczający może nie spektakularny upadek, ale staczający się systematycznie od czasu “kanonicznej” [okładki] “Sunbather”. Trochę się obrażam, bo to przecież taki negatyw tych wszystkich trve & necro kapel, które jako jednostka nieskomplikowana bardzo lubię, ale jestem drażliwy, więc obrażać mi się wolno, tak samo jak wypowiadać negatywnie. Tym razem fragmenty, w których Amerykanie udają groźnych i złych metalowców, są nieomal groteskowa, a cała reszta płyty – czyli jej zdecydowanie większa część – muli słodyczą.

Posłuchać można tutaj.

Immortal – Northern Chaos Gods (Nuclear Blast)

Nie jest to chyba najlepszy rok dla black metalu, jeśli można mówić o latach dobrych dla gatunku w XXI wieku, a Immortal wpisuje się w przeciętny trend. Dla mnie ten zespół zawsze grał w drugiej lidze, zupełnie jak nasze kluby piłkarskie celowo unikając awansu w kluczowym momencie, jedynie w kwestii imidżu i klipów grający w lidze osobnej. Podobały mi się prowokacyjno-autoironiczne zagrywki na “At the Heart of Winter”, ale “Northern Chaos Gods” to znów taka sobie siermięga. To trochę jakby nowy trener kadry Hiszpanii zaordynował taktykę, podpatrzoną u wyedukowanego Piotra Świerczewskiego, grania na chaos. Bo tytuł płyty nie tyle obliguje do pewnych zagrań, ile wydaje się próbą ich usprawiedliwienia. Trochę szkoda, bo słychać, że chłopaki potrafią pokazać trochę więcej niż pokazać chcą.

llovespell – Places (Wrotycz)

Podoba mi się bardziej niż 2/3 dorobku Portishead. Płaszczyzna porównania już jakaś jest, pewne pojęcie o moim poglądzie to zdanie daje, więc mógłbym podejść do rzeczy tak nonszalancko, by na tym zakończyć, co dałoby się wytłumaczyć moją niechęcią do zgrywania kogoś, kim nie jestem, czyli osoby aspirującej do miana znawcy i wyroczni. Jednak byłoby to trochę niesprawiedliwe. Jakkolwiek ten rodzaj nastrojowego grania, czyli takiej oniryzującej (jakkolwiek to brzmi) elektroniki, nieśmiało flirtującej z popową melodyką, niekoniecznie odpowiada moim stanom i nastrojom, ale trzeba oddać lipskiemu duetowi (jeśli informacja co do liczebności składu llovespell na discogs jest aktualna), że lipy nie odstawia. I jak już się włączy “Places”, album stanowiący kompilację dwóch materiałów wydanych przed dwoma laty (“One” i “Two”) z dodatkiem trzech kompozycji niepublikowanych wcześniej, to nie ma chęci ani potrzeby go wyłączać. Inna sprawa, że muzyka tak skromna w swej naturze, i tak skromna z natury, może nie doprosić się o uwagę, na którą przecież zasługuje. Nie chcę żartować, iż jestem w szoku, że muzycy z Niemiec mogą przejawiać tak wysublimowane podejście do muzyki, bo odświeżałem sobie dziś – wprawdzie we fragmencie – “Zeit” Tangerine Dream, ale już o tym, że materiał – trochę ku mojemu zaskoczeniu – jest naprawdę całkiem dobry, już mogę wspomnieć. Ocena będzie trochę na zachętę, ale nie ma się co spierać o pół punktu.

Urfaust – Live at Acherontic Arts 3 (Ván)

Koncertówka wielkiego Urfaust. Krótka (pięć utworów), ale mimo to dosyć przekrojowa. Ponieważ nie wiem, co można napisać więcej, rzucę swoją tracklistę takiej płyty.
1. Untitled (hihi, no pierwszy track z “Drei Rituale Jenseits Des Kosmos”)
2. Verderber
3. Dämmert, gelähmt und mit scheinbar erloschenem Geist (to najbardziej)
4. Trail of the conscience of the dead
5. Meditatum II

Jakby co zagrali to tak, jak zagrali to, co wybrali, to byłoby 4.5/5.

Posłuchać można tutaj.

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *