Z ręką na pulsie (#71): Black Magick SS, Goralenvolk, Joanna Makabresku, Nullizmatyka, Martwica, Wilcy

Black Magick SS – Spectral Ecstasy (Infinite Wisdom)

W przypadku “Spectral Ecstasy” człowiek, będący istotą rozumną, napotka kilka problemów.*
Po pierwsze, gdy wpisać w Google nazwę zespołu i tytuł płyty, to jeden z pierwszych wyników odsyła na ohydny blog, promujący godne pożałowania i pogardy, a nie choćby jednozdaniowej wzmianki wydawnictwa, zaś to, o którym mowa, otrzymało tam stygmatyzujący – nie systematyzujący – tag “NS Black’n’Roll” (pisownia oryginalna, w każdym sensie).
Po drugie, anonimowość muzyków zespołu, którzy mogliby chcieć pozostać anonimowi z bardzo zrozumiałych względów.
Po trzecie, ten głos, oznajmiający, że użytkownicy RYM-a mieli podobne wątpliwości, zgłaszając część wydawnictw Australijczyków jako niosące treści w najlepszym razie podejrzane. Tak opisane płyty, jeśli już po nie sięgnąłem, zwykłem nagradzać zwyczajową półgwiazdką, bez odstępstw od reguły, darując sobie jakieś pisanie o nich. Ale akurat ten stygmat został zdjęty, co DWA RAZY sprawdziłem.
Po czwarte, symbolika, która śmierdzi na kilometr, choć sama okładka – w odróżnieniu od kilku wcześniejszych, zwyczajnie ohydnych – budzi mimo wszystko zastanowienie. Jak człowiek leżący na ulicy, który nie musi być przecież zmorzonym spożyciem pijaczkiem.
Po sprawdzeniu “treści programowych” zawartych na “Spectral Ecstasy” i konkluzji, że mogą to być najwyżej treści podprogowe, które jednak nie programują mnie na kogoś, kim bym całym umęczonym serduszkiem pogardzał, mogłem czerpać pewną istotną przyjemność z lektury tych dźwięków. Bo choć cały ten – zwróciłbym się tutaj do tej kreatury z punktu pierwszego – OCCULT rock to nie dla mnie, i to z powodów wyłącznie muzycznych, a te upalone kapele, które grają tak, jakby czterdzieści lat nie minęło, a proces twórczy polegał w znacznej mierze na tym, by się zjarać przy pierwszych kilku płytach Black Sabbath, by potem na kolanie – szybko przyklękając także na drugie – zrobić coś, hah, własnego, zwyczajnie mnie nie jarają, to jednak na “Spectral Ecstasy” takie granie zostaje bez siary doprawione blackmetalową siarką, a także hipisowską popisówą, jak rzekliby bleczurowi ortodoksi, na parapecie, a samych melodii nie tyle nie powstydziłby się, ile wręcz może zazdrości taki Papa Emeritus (obecnie Cardinal Copia) i jego akolici w osobach Bezimiennych Ghouli, w którego ci zawodnicy muszą być niewątpliwie wpatrzeni jak w (święty) obrazek. Do tego heavymetalowe zagrywki, co nie robią wsi, a nawet jeśli robią, to super. Koniec końców to takie danie, które powinno budzić podobne sensacje jak u kolegi kompulsywne przegryzanie w gościnie, w trakcie snu gospodarza, serem w grubych plastrach, szynką, rybą i czym tam galaretki z truskawkami, a następnie popicie owej strawy kakao zaparzonym na wodzie (bdb, serio), lecz mnie, że zepnę to zbyt długie zdanie follow-upem, smakować nie przestanie.

* Kto chce, niech usunie stąd przecinki.

Posłuchać można tutaj.

Goralenvolk – Edelweiss (Szara Reneta)

To, że słuchanie “Edelweiss”, trudno zaliczyć do przyjemności, chyba że ma się w sobie wiele złej woli. Właściwie już po przeczytaniu tytułów utworów można się poczuć gorzej, co również poczytuję za plus. Podobnie jak to, że choć “Edelweiss” jest dziełem trwającym ponad pięćdziesiąt minut, to muzyki tutaj nawet nie jak na lekarstwo, bo wręcz próżno jej tu szukać. Z tym ostatnim trochę przesadzam, ale to bardziej słuchowisko radiowe. Gdyby nadać je bezpośrednio po serwisie informacyjnym, to przed kolejnym sprawny realizator zmieściłby jeszcze reklamę jakiegoś suplementu diety. Pytanie, jaka część słuchaczy uznałaby wcześniej, że chyba rozstroił im się odbiornik i nie poznałaby owej skutecznej recepty na inny rozstrój. Tych, których nie udało mi się odwieść od sięgnięcia po tę płytę, zapewniam, że warto.

Posłuchać można tutaj.

Joanna Makabresku – Zimno (Bat-Cave)

To właściwie disco polo, niestety nie z epoki ani nie epokowe, tylko takie po ostatnim revivalu. Słuchaczowi może się przydać znajomość patentów survivalowych, skoro jesteśmy już przy głupich niepolskich słowach, bo te nieomal trzy kwadranse będą stanowić pewn(i)e wyzwanie. Może jest ze mną tak, jak mi pocisnęły niegdyś Nagrobki, za co szanuję bardzo, że kolega trwa przy Siekierze, ale to trudno. Bo ja niby nawet rozumiem, że coldwave, i że nie każdy lubi wykreślać sobie 95% tego, co napisał, by to miało jakiś sens, nawet to, że nie każdy, kto śpiewa, musi umieć to robić, jestem w stanie zrozumieć, ale dlaczego nagrywa się i wydaje takie płyty w obecnych czasach, skoro nawet trzydzieści lat temu przeszłyby bez echa, tego nie pojmę.

Posłuchać można tutaj.

Martwica – Labirynt trumien (wyd. własne)

Kolejny polski zespół blackmetalowy o posępnej nazwie. Nawet to “t” w logo jakieś… nie takie. Scenę mamy mocną, więc mogę tylko życzyć Martwicy powodzenia. Będzie im niewątpliwie potrzebne, w końcu konkurencja silna. Ale z drugiej strony, skoro jest co poprawiać, to i sporo poprawić można. Chyba że przybić miała wszechmożna nuda, wtedy niewątpliwie się udało.

Posłuchać można tutaj.

Nullizmatyka – Live Session (Dystrykt)

Reprezentant znany koneserom nie najlepszej literatury Piaskowej Góry, a konkretnie starej jej części, znanej jako SPG, serwuje album, który podejdzie najbardziej ziomkom Nulla z dzielni, do których nie mam szczęścia należeć. Właściwie dowiedziałem się z tej płyty tylko tego, że wzmiankowany podział jednak nie istnieje, bo sam fakt, i utwór, widocznie umknął mi wcześniej. Szkoda, że żywe instrumenty wnoszą niewiele życia do tej muzyki, a ta muzyka niewiele wnosi do życia. Bo choć ten zawodnik ma rozum, i to swój, ale nie jest jakimś skrajnym introwertykiem, przez co jego wyrazistość ogranicza się do aspektów technicznych, a sam pociąg do mocniejszych dźwięków, i niestety też do reggae, nie robi z Nullizmatyki drugiego KaeNŻetu. Przynajmniej facet sam nie wypada gorzej niż w towarzystwie kolegów z Trzeciego Wymiaru, jeśli ktoś jeszcze w 2018 roku pamięta tamten skład.

Wilcy – Żertwa (Dark Omens)

No tak, Słowianie. Nie ma to jak black metal osadzony w tych… realiach. Może dlatego Wilcy mają dość, powiedzmy, tradycyjne podejście. Czytając notę wydawcy, czułem jednocześnie rozbawienie, zażenowanie i niepokój, ale niech im będzie, że “Żertwa” to “osiem bezlitosnych hymnów pogańskiej zawieruchy, sławiących zapomnianą chwałę i Dumę pradawnych Czasów” albo “osiem skrwawionych mieczy, przetrącających karki wrogom wielkiego Pogańskiego Królestwa”. Może po prostu dawno nie czytałem zaangażowanej (w sprawę) prasy. Za to ostatnio dowiedziałem się, że jestem gorszym rasistą od osoby, którą określiłem tym mianem, bo nienawidzę swoich (dowiedziałem od owej osoby), więc pewnie zaliczam się do owych wrogów, co powinno mnie zaniepokoić. Niestety, śpieszę donieść, iż owe hymny jedynie nieco mnie znużyły. Odczuwałem przemożną pokusę, by w drugim z przytoczonych zdań trochę sobie pokpić – tak jak pokpiłem z tłumaczeniem – wspominając o Królestwie Paganu, nie jakimś Pogańskim Królestwie, ale udało mi się jej oprzeć. Ponadto odjąłbym, jako ten rasista, dwa punkty za pochodzenie. No ale żadnym rasistą nie jestem, co zrobić, więc nie zrobię i tego. Zresztą zdaję sobie sprawę, że mogło być gorzej. Nawet jeśli w połowie “Żertwy” czułem się już – hihi – wypalony.

(gdyby ktoś miał zastrzeżenia odnośnie do przekładu, to będą one słuszne, więc nie musi ich mieć)

Posłuchać można tutaj.


(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *