Z ręka na pulsie (#68): Angélique Kidjo, Funeral Mist, Melody’s Echo Chamber, SOPHIE, Tomb Mold, Zeal and Ardor

Angélique Kidjo – Remain in Light (Kravenworks)

Nagrana na nowo płyta… Talking Heads. Nie jestem jakimś wyznawcą ponoć pomnikowego dzieła sprzed niemal czterech dekad, mimo to (a może właśnie dlatego?) propozycja odczytania, jaką prezentuje Angélique Kidjo (rocznik ’60), bardzo mi odpowiada. Buja, zamiast oburzać. Raczej sprawia, że nie aż tak łatwo mi usiedzieć, a nie że nosi mnie z nerwów i mam ochotę wyjść, żeby nie słuchać. Ogólnie z muzyką afrykańską mam zawstydzająco znikomą styczność, więc nie będę się wymądrzał. Zresztą warto samemu sprawdzić, z czym to się je. Bo na pewno ze smakiem.

Funeral Mist – Hekatomb (Norma Evangelium Diaboli)

Złośliwców, którzy twierdzą, że “Hekatomb” brzmi jak płyta Marduk, odsyłam do… nowej płyty Marduk. W tej metodzie jest szaleństwo, a diabeł… tkwi. Jeśli nie możesz udać się na niedzielne nabożeństwo, z pomocą przyjdzie Funeral Mist.

Posłuchać można tutaj.

Melody’s Echo Chamber – Bon Voyage (Domino)

Ktoś kiedyś powiedział, że we mnie jest dużo wszystkiego, cokolwiek to znaczy, i podobnie rzecz ma się z “Bon Voyage”. Mamy tu zarówno pomieszanie języków (angielski, francuski, szwedzki), jak i stylistyk (psychodelia w wielu smakach i [od]cieniach), a pewnie także środków wspomagających kreatywność. Te ostatnie jednak, czego ta płyta dowodzi, pół wieku temu były najwyraźniej o wiele lepsze.

SOPHIE – Oil of Every Pearl’s Un-Insides (Future Classic)

Płyta o przemianie w kobietę (którą się w istocie jest, bo płeć biologiczna to tylko płeć biologiczna). Ponieważ osoba, która ją nagrała, ma 32 lata, a nazywa się Samuel Long, pewne jednostki mogą sobie [ją] darować. Propsy za odwagę (“I’m freezing / I’m burning / I’ve left my home”) i przekaz. W samej muzyce swego rodzaju szaleństwa, idącego w parze z absolutną pewnością, jest wcale nie mniej. Rzecz równie ważna i zajmująca jak “I Am a Bird Now” wiadomo kogo. Pitchfork daje 8.6, ja nie będę tworzył alternatywnej rzeczywistości.

Tomb Mold – Manor of Infinite Forms (20 Buck Spin)

Death metal. Duszny i bezduszny. Hype na Tomb Mold jest okrutny, więc przyjmuję, że coś uchodzi mojej uwadze. Miejsce na melodię, ciekawszy riff czy solówkę się tutaj znajdzie, ale “Manor of Infinite Forms” wypada (nie)zaskakująco poprawnie.

Posłuchać można tutaj.

Zeal and Ardor – Stranger Fruit (Radicalis)

Niewiele znam zespołów równie osobliwie irytujących jak The Black Keys. A ci Szwajcarzy brzmią jak The Black Keys. W tę… zadrę wdaje się zakażenie “awangardą”, czymś przypominającym metal czy gospel, a całość jest niestety zbyt arystowska i natchniona jak na mój prosty umysł i niewyszukany gust. Wolę więc poszukać czegoś innego.



(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *