Z ręką na pulsie (#66): Alameda 4, Amorphis, Koniec Pola, Lunatic Soul, Mazzy Star, Messa

Alameda 4 – Czarna woda (Instant Classic)

Przyjdzie taki dzień, że zrozumiem, o co ludziom chodzi z tym Ziołkiem i dołączę do chóru piewców jego talentu. Na razie zauważam kolejne płyty, słucham ich, ale wciąż nie dostrzegam tego, co zdają się widzieć inni. W tym przypadku nie wierzę w zbiorową halucynację. “Czarna woda” jest zwyczajnie… dobra. Ostatni utwór mnie zaskoczył dość mocno, ale całość… nie zaskoczyła. Będę próbował dalej.

Posłuchać można tutaj.

Amorphis – Queen of Time (Nuclear Blast)

Kilka lat temu słuchałbym pewnie “Queen of Time” dopóty, dopóki w głowie nie zrodziła się konkluzja, że to całkiem fajna płyta. A tymczasem zastanawiam się, czy któryś z muzyków Amorphis jest w stanie to powiedzieć. To dobre pytanie. Bo nie ma na nie dobrej odpowiedzi. Można posłuchać, wychodzi mnóstwo gorszych rzeczy, ale rzecz jest w złym guście.

Koniec Pola – Cy (Devoted Art Propaganda)

Jeśli wziąć wszystko, co było dobre na ostatniej płycie Licha (czyli ostatni utwór) i rozwinąć to w pełną wypowiedź, to wyjdzie coś takiego. Black metalu nie ma w tym zbyt wiele, ale jest dostatecznie dużo dobrej muzyki. Kibicuję, bo Koniec Pola pewne rzeczy robi sto razy lepiej niż mógłby taki Sars albo Nihil. W tym piekiełku nie ma pewnie nikogo z podobnym – i podobnie dobrym – piórem co Dominik Gac, a i cały Koniec Pola ma swoją, i to niezłą, jazdę.

Posłuchać można tutaj.

Lunatic Soul – Under the Fragmented Sky (Kscope)

Nasz rodzimy Steven Wilson czy to wraz z kolegami z Porcupine Tree Riverside, czy to samotnie trochę błądzi. Teoretycznie nazwa jego solowego projektu mogłaby posłużyć jako obrona przed zarzutem o odtwórczość artystycznych poszukiwań i zbłądzeniem w ślepą uliczkę. Ale żarty żartami. Tymczasem mierzymy się z nowym, niepełnowymiarowym, choć całkiem obszernym wydawnictwem Mariusza Dudy. Trud to mniejszy niż ostatnio, przy ubiegłorocznej dużej płycie, ale nadal im bliżej końca, tym bardziej decydująca rola sentymentu jako czynnika pozwalającego wytrwać do ostatnich dźwięków. Jest w tym jakiś niepokój i smutek, szczególnie na początku, i na pewno to lepsze niż “Fractured”, ale koło debiutu nawet nie stało.

Mazzy Star – Still (ep) (Rhymes of an Hour)

Wszyscy, którzy słyszeli “Quiet, the winter harbor”, mogą się rozejść – nie ma tu nic ciekawego. Co bardziej sentymentalni mogą jeszcze zostać i poczekać na odświeżoną wersję tytułowego utworu z “So Tonight That I Might See”. Przez cztery minuty i piętnaście sekund czuję, że czas się zatrzymał, szczególnie dla Hope Sandoval, to jest uczucie magiczne, i myślę wtedy, iż to żadna strata, że taka Lana Del Rey skończyła się jeszcze zanim zaczęła nagrywać pod tym pseudonimem, ale potem muzyka staje się zwyczajna. Niemniej jednak warto rzucić uchem.

Messa – Feast for Water (Aural)

Babka ładnie śpiewa. Jak zobaczę, że zespołowi znudziło się granie doom metalu i przerzucili się na coś bardziej sensownego, wrócę. Na razie wolę na tym zakończyć, by i w ten sposób podkreślić, iż “Feast for Water” to nic wyjątkowego.

Posłuchać można tutaj.



(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *