Z ręką na pulsie (#63): Beach House, The Caretaker, Urfaust, Wczasy, Xenony, Zamieć

Beach House – 7 (Sub Pop)

Nie jest to “Depression Cherry”, ale zapewne należę do mniej licznego grona owym faktem rozczarowanych. Chwilami grają trochę jak Slowdive, ale wolałem Slowdive grające chwilami trochę jak Beach House. Jak włączam “Levitation” z tamtej płyty, to mam ochotę błagać o litość (i nie, nie to, że mi się nie podoba), tutaj nie czuję nic. Nie potrafię wystawić nawet takiej oceny, jaką podpowiada tytuł płyty. A serce milczy.

Posłuchać można tutaj.

The Caretaker – Everywhere at the End of Time – Stage 4 (History Always Favours the Winners)

Tak sobie marudziłem, że Leyland James Kirby robi ludzi w bambuko tą samą sztuczką, którą powtarza do znudzenia, ale koniec końców byłem usatysfakcjonowany, gdyż trik, którym doprowadzał innych turntablistów do płaczu [ZOBACZ ZDJĘCIA], był uroczy. Teraz czuję, jakbym dopadł magika za kulisami, kiedy nie ma już linek pod rękawami czy czego tam, więc król jest nagi (ale może następnym jego znów będzie… na wierzchu). Z szacunku do sztukmistrza ze Stockport wolę jednak wycofać się z garderoby i udać, że niczego nie widziałem. Półtorej godziny… dźwięków.

Urfaust – The Constellatory Practice (Van)

Holenderski duet Urfaust, jedno z najciekawszych zjawisk na współczesnej scenie blackmetalowej, musiał wyjść poza własne piekiełko, by pełniej objawić nieprawdopodobny wręcz potencjał. Teraz, serwując rytualny doom, wprawdzie ponownie wysyła nas w kosmos, może nawet w te rejony, w które możemy wybrać się na przykład z Darkspace, ale w cenę biletu wliczone są substancje odpowiednio ubogacające lot. Nie będę zaskoczony, jeśli nic lepszego z ciężkich klimatów już się do końca roku nie pojawi.

Posłuchać można tutaj.

Wczasy – Zawody (Thin Man)

Wczasy przypominają mi o polskiej alternatywie ubiegłej dekady i choć jest to wspomnienie raczej palące niż ciepłe, to jak nie należy oceniać zespołu po zasadniczej grupie jego sympatyków, tak nie wolno skreślać z powodu entuzjazmu niepoważ(a)nej grupy krytyków. Dziesięć lat temu pewnie bym nie zdzierżył. Dziś po dwóch utworach nie czuję pustki (mnogiej) ani nie mam much w nosie (nawet jeśli mam je w nosie), a swoista trawestacja i rekonstrukcja klimatów, do których sentyment Wczasowiczów może być najwyżej “wtórny”, jest taka… autentyczna. Utwór tytułowy sprawdzić trzeba koniecznie. Przyjemny samoświadomy pop.

Xenony – Polish Space Program (Instant Classic)

Jeśli ktoś woli przebyć bezmiary galaktyk “na czysto”, to polecam Xenony, taką spuszczoną ze smyczy, po słowiańsku butną i rubaszną wersję Vangelisowskiego soundtracku do “Blade Runnera”. W tym programie kosmicznym warto bowiem wziąć udział.

Zamieć – Trup (ep) (Svere)

Jeśli ktoś napali się na drugą Mgłę albo rodzime Paysage d’Hiver, to może być niepocieszony. Jeśli ktoś nie ma oczekiwań, to… powinny one zostać spełnione. Nie jest to wprawdzie Gołoledź, ale możliwe, że horda o tej nazwie nigdy się nie zawiąże, a cały niegdysiejszy żart pójdzie na zmarnowanie, więc warto przyglądać się Zamieci. Moim zdaniem jednak lepiej pasowałby do tej muzyki szyld “Zaćma”. Więcej tu transu i mroku niż zimna i zła. Mała porcja czarnej polewki, którą wypada spożyć z powagą.

Posłuchać można tutaj.



(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *