Z ręką na pulsie (#62): Candlemass, Daniel Avery, Ivar Bjørnson & Einar Selvik, kiRk, Kły, Lounge Ryszards

Candlemass – House of Doom (Napalm)

Panowie z Candlemass nie porywają już swoją muzyką, więc starają się porwać chociaż część swoich fanów w szpony internetowego hazardu. Na zatytułowanej identyczne jak ich… “przedsięwzięcie” epce grają nie tak, jakby jutra miało nie być, ale jakby ugrzęźli w jakimś “wczoraj”, a nowy wokalista tylko dopełnia cokolwiek nieciekawego obrazu. Między autoplagiatem a autoparodią.

Daniel Avery – Song for Alpha (Phantasy)

Jak będę chciał posłuchać techno, sięgnę po “Song for Alpha”. Bardziej by pewnie leżało to dzieło w mniej obszernym formacie, ale nawet jeśli dałoby się z niego nieco wykroić, to skrojone jest i tak porządnie. Na parkiet nikogo nie porwie, ale już na nocny spacer po mieście może spokojnie wyciągnąć. Tak (jak) lubię.

Ivar Bjørnson & Einar Selvik – Hugsjá (ByNorse)

Wokale w dark folku to jeden z mniej rozsądnych pomysłów. Tutaj nie usłyszymy jednak angielskiego z charakterystycznym rosyjskim akcentem, co naturalnie ratuje sprawę. To zupełnie nie moja poetyka, mitologia i wrażliwość, ale doceniam sprawne podejście do tradycji. Pewien posmak smutnego rocka spod znaku Katatonii jest nieco dziwny, ale dzięki temu całość lokuje się bliżej orbity moich zainteresowań. Acz chyba nieco niżej od debiutu.

Posłuchać można tutaj.

kiRk – Ich dzikie serca (Fundacja Kaisera Söze)

Jeśli komuś nie podejdzie proponowana niżej płyta Lounge Ryszards, powinien spróbować “Ich dzikich serc”. Lot jest na niej nieco inny, choć równie nieskrępowany, a owa dzikość, wzmiankowana w tytule, zawiera się raczej w wyobraźni i wyobrażaniu. Pewne fragmenty mogą budzić niepokój, ale parafrazując myśl znanej mi niegdyś osoby, “to dobry niepokój”

Posłuchać można tutaj.

Kły – Szczerzenie (Pagan)

Świetliki zasłuchane w późnej Furii. Podobają mi się intra z(e schyłku) epoki (’98), no i lepsze Kły niż Biesy czy Odraza, ale black metalu słyszę więcej na imiennej epce Slowdive. Problem jednak nie w szufladkach, bo jako płyty postpunkowej słucha się “Szczerzenia” tak samo… tak sobie. W dodatku tekściarz nie jest nawet Nihilem. Gdyby coś takiego wyszło dwadzieścia lat temu, dziś mielibyśmy pewnie klasyk.

Posłuchać można tutaj.

Lounge Ryszards – Polish Jazz vol. 420 (Szara Reneta)

Gdy artysta lub wydawca odbiera mi – jakże hipotetyczny – chleb, opisując muzykę w sposób, w jaki sam i tak bym nie umiał, to nie bardzo wiem, co mogę zrobić. Najpierw odruchowo sprawdziłem, czy na pewno album nie ukazał się 20 kwietnia (skoro vol. 420, a utwory trwają po cztery minuty i dwadzieścia sekund każdy, wyłączając “Diabła”, którego trzy części, co zrozumiałe, zamykają się w minutach trzynastu), ale widać dowcip nie jest tak oczywisty, bo jednak to było później. Lounge Ryszards są w swoim graniu nieco bardziej konsekwentni, serwując muzyką, która mogłaby – tak sobie teraz myślę – grać Apteka, gdyby… No gdyby wszystko było inaczej. Te dźwięki są wolne, ale nie dlatego, że muzyków nie krępuje… rozum. Taki psychodeliczny jazz. Niewykluczone, że tytuł nie jest megalomańskim żartem, a znana seria Polskich Nagrań Muza dojdzie do takiego miejsca przy okazji czterysta dwudziestego wydawnictwa.

Posłuchać można tutaj.



(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *