Z ręką na pulsie (#60): Katie Caulfield, Król, Mateusz Franczak, Micromelancolié, Nanook of the North, Rycerzyki

Katie Caulfield – Mutual Dreaming (Music Is the Weapon)

W czasach gimnazjalnych miałem wątpliwą – raczej nie ze względu na apodyktyczną naturę – przyjemność kolektywnego, bo z dwójką kolegów, reprezentowania klasy w drugim i jednocześnie finałowym etapie konkursu matematycznego. Pierwszy szczęśliwie przechorowałem, ale mój zastępca widać był tylko zastępcą, bo ostatecznie nie udało się z tego wyłgać. Wygrać również się nie udało. Zespół Katie Caulfield w podobnej potyczce miałby znacznie większe szanse. Najważniejsze jest to, że nie kalkulują. Klamra, która spina całość (pierwsza i trzecia część utworu tytułowego) jest wspaniała, a cała reszta nie rozłazi się, jest spójna i przyjemna, choć dla mnie panowie mogliby przez czterdzieści pięć minut grać równie intensywnie jak przez ostatnie trzy minuty.

Posłuchać można tutaj.

3.5

Król – Przewijanie na podglądzie (ART2)

Poprzednia płyta potrzebowała paru chwil, by się rozkręcić, ale gdy już to się działo, było naprawdę intensywnie. “Przewijanie na podglądzie” podoba mi się mniej, choć to najpewniej wynika ze mnie, nie z jakiegoś obniżenia lotów przez Błażeja Króla. Może za dużo tu hitów, a za mało… ciosów? Ostatnio teksty skłaniały do refleksji, tutaj raczej… zastanawiają, ale znów: skłaniałbym się raczej ku temu, że nie przyjmuję pewnego rodzaju niepokoju, który został tu oddany. No a przede wszystkim nadal nie sposób tego pana z nikim pomylić, co jest właściwie najważniejsze, gdy mowa o postaci tak intrygującej i wyrazistej.

2.5

Mateusz Franczak – Night-Night (Too Many Fireworks)

Fragmentami, do których w nieironiczny sposób można przyłożyć tytuł tej płyty, jestem urzeczony całkowicie i na trwałe. Tymi misternymi tkaniami mgiełek, nieomal łkań, takim podejściem do post-rocka, w którym nie chodzi o wypełnienie pustych przestrzeni w schemacie kompozycji, jakby to było rozwiązywanie krzyżówki, tylko o prawdziwe (prze)życie. Kiedy zadumy w tym mniej, a więcej konkretu, wciąż brak wydumania. Musi się podobać swobodne podejście, wyrażone nie tylko poprzez eklektyzm, ale i w tym, jak wiele w tych utworach przestrzeni, która wydaje się zaaranżowana nieco niedbale, ale nie ma się wrażenie, że czegoś tu być nie powinno, czegoś brakuje, a wrażenie uporządkowanej – acz bez wykoncypowania – jest wrażeniem jak najlepszym.

Posłuchać można tutaj.

3.5

Micromelancolié – Niwa (NONA)

Nie wiem, jak ująć swoje wrażenia, jak opisać, ale “Niwa” sprawia, iż czuję, że nie tyle mogłaby nie istnieć inna muzyka, ile… w ogóle nic nie istnieje. Nie “mogłoby nie istnieć”, tylko właśnie “nie istnieje”. Nagłe szarpnięcia w obrębie kolejnych utworów wydają służyć się temu, by słuchacz sam nie stał się nicością, tylko ją – czy chce, czy nie – do końca (?!) kontemplował. Po raz drugi w tym tygodniu poczułem chęć, by odkurzyć ogrywanego pewnie kilkanaście lat temu drugiego Fallouta.

Posłuchać można tutaj.

3.5

Nanook of the North – Nanook of the North (Denovali)

Nie wiem, jak to się stało, że nie wspomniałem do tej pory o projekcie Nanook of the North, tworzonym przez Stefan Wesołowskiego i Piotra Kalińskiego (Hatti Vatti). Filmu (proszę odgadnąć jakiego!) nie widziałem, zapewne rzecz nie ulegnie zmianie, ale sama muzyka, jakże… islandzka, bardzo chłodna, oszczędna w środkach, za to szczodra w ewokowaniu emocji, z miękkimi podbiciami ambient/minimal techno, potrafi przekonać i zatrzymać przy sobie.

3.5

Rycerzyki – Kalarnali (Thin Man)

Pierwsza myśl? Cocteau Twins. Tylko cudaczne. Przy drugim utworze człowiek zaczyna łapać (grunt? dystans? równowagę?). I wtedy jest już naprawdę dobrze, choć skojarzeń i tropów jest tyle, że jedne nachodzą na drugie, a tekstów słucha się tak, jakby to rzeczywiście było Cocteau Twins, wyłapując tylko pojedyncze słowa tak, jakby każda inna osoba mogłaby wyłapać inne, w innych miejscach. Ta muzyka istnieje poza czasem, poza świadomością, choć wydaje się przy tym samoświadoma (z zastrzeżeniem, iż nie mówiłbym o jakimś pastiszu) i zapuszczająca korzenie w czasie, w którym została zrodzona. A to, jak głęboko potrafią one sięgnąć, to inna sprawa. A gdy nie bawić się w takie jałowe gadanie, to trzeba zauważyć, iż skoro sednem popu są melodie, to “Kalarnali” jest (długimi!) momentami płytą wręcz wspaniałą.

4.0

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *