Z ręką na pulsie (#56): Alles, julek ploski, Liza Anne

Alles – Hope (wyd. własne)

“Hope” brzmi tak, jakby chłopaki (i dziewczyna) z Super Girl & Romantic Boys nasłuchały się “No Fun”. A przynajmniej tak mogłoby brzmieć. Właściwie najbardziej frapuje mnie to, czy wskazówką, jeśli chodzi o tytuł, nie jest przewrotność i gorzka ironia, bo nadziei – ależ niespodzianka – w istocie tu nie ma, tylko całkiem ładne imię żeńskie, kryjące się pod numerkiem sześć. Sam nadzieję pokładałem w warstwie tekstowej, ale mimo tego, że jest rozsądnie zredukowana do fraz, antytetycznych punkowych haseł, to chwyta – za gardło, żelaznym uściskiem – tylko jeden fragment (“to trwanie jest w naturze / chociaż to tylko pełzanie / niech trwa jak najdłużej”). Ogólnie płyta jest nieprzyjemna, drażniąca, drapie i piecze, ale myślę, że niejako o to łódzkiemu duetowi chodziło. Dlatego choć podoba mi się zdecydowanie bardziej niż dzieło Piernikowskiego (trwam przy tym, że to uczciwe 2 na 10), to jednak mając wybór, czego posłuchać, wybrałbym je. To właściwie komplement dla Alles. Jestem zaintrygowany i poirytowany jednocześnie.

Posłuchać można tutaj.

julek ploski – Tesco (wyd. własne)

Bałem się, że to jakaś postmuzyka (choć ponoć sam piszę postrecenzje), żart doby późnego internetu, zrozumiały dla osób urodzonych już w XXI wieku, ale jeśli ktoś z drugiego bieguna pomyśli, że oto coś dla niego, to jego rozczarowanie materiałem – czy może uczucie dezorientacja, jaką wywoła – będzie pewnie proporcjonalne do mojej ekscytacji tymże. Nawet ro rozumiem, całą tę otoczkę, i tak myślę, że jakbym pospacerował po Tesco nad ranem (teraz to pobliskie zamykają na kilka nocnych godzin, niestety), to klimat byłby podobny. No a jeśli miałbym wówczas ten materiał w słuchawkach, to mógłbym zeschizować. To, ile podskórnego niepokoju można wszyć w ambientową tkankę, jednocześnie zachowując puls, ile duszy zawrzeć w mechaniczności, wydaje się momentami wręcz nieprawdopodobne. Podium pierwszego kwartału, jeśli chodzi o polską muzykę 2018 roku. Korzystny odsłuch.

Przekonać się o tym można tutaj.

Liza Anne – Fine but Dying (Arts & Crafts)

Pani śpiewa bezpretensjonalne smutne piosenki. No serio: czego chcieć więcej? Jest w tym zadziorność i zadra, wigor i wygar, zaduma i niewydumanie. Wprawdzie bardziej propolskie jednostki mogłyby się obrazić, że obcięła przy tym na potrzeby szyldu, jakim je opatruje, swoje dane osobowe o swojsko brzmiące nazwisko (Odachowski), ale wszystko inne jest na miejscu. I lokuje się gdzieś między Nadią (o, wyjdzie ładna klamra przeglądowej notki) Reid a Lucy Dacus chociażby.

Posłuchać można tutaj.



(skala ocen: 0.5-5)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *