Z ręką na pulsie (#52): Death in Rome, Drekoty, The Thing With Five Eyes

Death in Rome – V2 (SPQR)

Nie wiem, co napisać. W reakcji na notkę o debiucie Death in Rome zostałem nazwany podłym ch… No niech będzie, że chamem. Przez osobę, w odniesieniu do której użyłem w tekście sformułowania “z dobrego serca”. Taki czas, że kogoś to pisanie – aż za bardzo – obchodziło. Okazało się, że dzięki mnie odkryła ów zespół, do którego zapałała natychmiastową sympatią, tak więc obrażanie kogoś dlatego, iż wyraził swoje ubolewanie faktem, że nie znał zespołu niedługo wcześniej, kiedy ów ktoś wyraził prośbę pt. “poleć mi coś podobnego do Death in June” i wspomina, że gdyby wówczas znał, toby wskazał też tych śmieszków, jest bardzo niesprawiedliwe. I to ogólnie dziwna sprawa, bo jeśli chodzi o intelekt, to byłem przy tym kimś malutki, a okazuje się, że można mieć łeb nie od parady, ale poczucia humoru – już nie. Abstrahując bowiem od samej neofolkowej stylistyki, “V2” jest niczym więcej jak tylko powtórzonym żartem, i to żartem wyjątkowo nieśmiesznym. Skoro nikt nie słucha na co dzień lokalnych coverbandów, grających na weselach i festynach, to skąd pewien fenomen Death in June? Bo to, że Pewien Popularny Redaktor, za sprawą którego doczekaliśmy się zresztą nowej wersji “Lambady”, powiedział, że śmieszne, a ci, którzy słuchali, zaśmiali się (i to nie z jego słów), nie tłumaczy zjawiska. Naprawdę wolę absolutnie cokolwiek innego z tej dekady od nagrań tych panów(?).

Drekoty – lub maszyna dzika trawa (Thin Man)

Można to nazwać kanciastym bluesem, dodając przy tym, że się nie lubi bluesa, za to lubi się gładkość i obłość, ale nie jestem aż tak niedysponowany czy niewdzięczny, by rozprawiać się jednym zdaniem z płytami, które wymagają raczej omówienia. Jest coś wyjątkowego w kobiecej wrażliwości. Płyta “lub maszyna dzika trawa” stanowi jej nieprzeegzaltowaną emanację, pewna prostota miesza się z poetyckością wyrażania, pozostawiając w tym, co niewątpliwie w tej muzyce zostało zawarte, coś nieuchwytnego. Coś, co równie dobrze może być zwodnicze. Ale jak nie dać się uwieść czy choćby zwieść?

The Thing With Five Eyes – Noirabesque (Svart Lava)

Istnieją takie muzyczne stylistyki, które są mi wyjątkowo bliskie, ale odnoszę wrażenie, że trudno w ich obrębie o dzieła, którymi bym się zachwycił. Jedną z nich jest dark jazz. Często rzecz sprowadza się do tego, by nie kombinować, bo chcąc dobrze, przedobrzyć jest łatwo. Na “Noirabesque” tym, co nadaje muzyce wyjątkowości, a przy tym nie pozbawia jej potrzebnej prostoty, takim subtelnym ozdobnikiem podkreślającym urodę, są wątki arabskie. Przez kogoś, kto ich nie śledzi, odbierane jako równie naturalne co oniryczny szkielet. Jedna z moich ulubionych płyt pierwszych dwóch miesięcy tego roku. Ale prosty jegomość ze mnie, może dlatego.

Posłuchać można tutaj.


(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *