Z ręką na pulsie (#40): Jazz Band Młynarski-Masecki, Morbid Angel, Taake

Jazz Band Młynarski-Masecki – Noc w wielkim mieście (Lado ABC)

Skoro podobała mi się muzyka z Cupheada, dlaczego mam kręcić nosem na odświeżenie rodzimych międzywojennych piosenek? Tym bardziej że to coś więcej niż zwykły lifting, podciągnięcie zmarszczek i sprawienie, by ślady dawnej urody stały się obecnym pięknem. Nie będę też rzucał, że właściwie temat w nieco ponad trzy minuty zamknęła już swego czasu Ścianka, bo słyszę, że panowie wykonali kawał roboty. Dobrej roboty. Nie musi działać sentyment, nie trzeba pałać miłością do (prze)minionego ani pamiętać dancingów – ba, nawet tańczyć nie trzeba lubić ni umieć! – by docenić te piosenki. Ładny swingujący jazz, bez ironii. Tak z mojej strony, jak i ze strony zespołu.

Morbid Angel – Kingdoms Disdained (Silver Lining)

Z dorobku Morbid Angel do szczęścia (hah!) wystarczyłby mi pierwszy utwór z debiutu, ale widać zespół, rozpoczynający tytuły swych wydawnictw kolejnymi literami alfabetu, zamierza dotrzeć do “z”. “Illud Divinum Insanus” to płyta memowa, a to, że nigdy jej nie słyszałem, w niczym nie przeszkadza. “Kingdoms Disdained” porzuca tamten trend, więc żarty na bok. Czasem myślę, że takie zespoły – niezależnie od tego, co sam o nich myślę – naprawdę mogłyby kończyć działalność po kilku pierwszych krążkach. Późniejsze, takie jak ten, nawet jeśli nie są złe, nie przepadają bardzo często jedynie dlatego, że na okładce widnieje logo będące marką i czymś w rodzaju znaku jakości. Przeciętność jest bodaj najbardziej dojmująca. A co do meritum, mam do napisania dwa słowa: death metal. Bardzo uładzony, taki odpustowy diabeł, który być może sprawi, że kilka zbłąkanych duszyczek wróci do zespołu i nie będzie mieć za złe tego, co było niedobre.

Taake – Kong Vinter (Dark Essence)

Taake to dla mnie ten utwór. I tak pewnie pozostanie. Punktów za pochodzenie nie dostaną, bo ich nie przyznaję, a na “Kong Vinter” grają taki black metal, jaki tysiące kapel zagrały przed nimi. Panowie z Bergen również bywali w lepszej formie, choć nigdy nie należeli do moich ulubieńców. A że tym razem momentów, w których serce może zabić mocniej albo w których dałoby się wybuchnąć nieskrępowanym śmiechem, to trudno mi tę lekko rozmelodyzowaną i przede wszystkim nieco mdłą muzykę polecić. Ot, taki średniak bez i(s)kry.


(skala ocen: 0.5-5.0)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *