Z ręką na pulsie (#39): Dom Zły, Joan Silentio, Kristofer Maddigan

Dom Zły – Dom zły (Unquiet)

Sludge metal, w wariancie atmosferycznym (czy raczej: atmosferyzującym), posadowiony na charakterystycznych raczej dla “miejskiego” black metalu fundamentach (znikoma melancholia, nieobecny trans, za to mnóstwo brudu, duszność, pewna dawka negatywnych emocji), to konstrukcja solidna, o pewnych fundamentach. Dzięki temu, że Dom Zły nie jest kopią Odrazy czy Biesów, wypada w moim odczuciu bardziej przekonująco od wspomnianych kapel. Nawet jeśli porównanie jest bez sensu. Na tyle dobrze, bym chciał o tej płycie wspomnieć. Jestem ciekaw kolejnego materiału, jak już materia muzyczna okrzepnie, a muzycy wciąż będą mieć w sobie ten sam żar i ogień. Na razie jest dość obiecująco, by zespół zwracał uwagę nie tylko swoją nazwą.

Posłuchać można tutaj.

Joan Silentio – drafts/impressions (wyd. własne)

Jeżeli uznać, że w obecnych czasach istnieje swoisty, naturalnie inaczej niż pierwotnie rozumiany drugi obieg (nie tylko w literaturze, a raczej w “literaturze”, ale i w muzyce), to co powiedzieć o twórcach, którzy z racji decydującej roli szczęścia i przypadku nawet w nim wydają się pozostawać niezauważeni? Internet pozwala każdemu na pewną formą autoprezentacji i ekspresji, ale od istnienia do zaistnienia droga daleka. Nie mam nic złego na myśli. Czasem czuję się tym dotknięty, nawet jeśli nie dotyka mnie to bezpośrednio. Czemu budowanie zasięgu, nachalność i w dalszej perspektywie kaprys/krótkowzroczność nieco większych ode mnie zapaleńców (także piórem) decyduje o tym, czy dany głos przepadnie i zgaśnie, czy zostanie podchwycony i zrozumiany? Chciałem napisać o “drafts/impressions”. O tym, że to piękna, krótka płyta. O tym, że nie wiem, czy zostałem kupiony pierwszymi kilkoma dźwiękami, czy może już samym tytułem. Jakkolwiek banalnie to brzmi, i choćbym powtarzał się do znudzenia, nadrzędną wartością – nie tylko w sztuce – pozostaje prawda. Talent jest jedynie narzędziem, które bardzo łatwo wykorzystać w nieodpowiedni czy nieuzasadniony sposób. Joan Silentio tego nie robi, mimo że pewnie by mogła, bo nie ogranicza jej niewprawność ani skala potencjału. Ale właśnie ta powściągliwość, pozbawiona wyrachowania i pozy, decyduje o moim urzeczeniu. Artystka wymienia rozmaite źródła inspiracji, od Chopina do Nicka Drake’a, od Mahlera do Jamesa Blake’a, i na upartego, jeśli chcieć bawić się w takie “lokalizowanie”, niejako odmawiając tym samym tożsamości muzyce i tworzącej ją osobie, to tropy i ślady dałoby się znaleźć i podjąć. To “tylko” pięć utworów-mgiełek, utworów-mknień, utworów-milknień, w których udało się uchwycić to, co zapewne niezwykle trudne do takiego zaklęcia. Dlatego czarują. A już szczególnie ostatni, “Karamazówna” (prawie jak “Verlaine” Księżyca), który pozostawia z uczuciem ogromnego niedosytu, bo chciałoby się więcej niż tylko półtorej minuty śpiewania w naszym języku. Jedna z najbardziej urzekających polskich płyt tego roku.

Posłuchać można tutaj.

Kristofer Maddigan – Cuphead (Iam8bit)

Chętnie napisałbym o samej grze, ale wypada ją najpierw ukończyć, co jednak okazuje się DOSYĆ trudne (aktualny progres: 32%, liczba zgonów: 322). Przebrnięcie przez trzygodzinną ścieżkę dźwiękową wydaje się przy tym igraszką i fraszką. Tym bardziej że jest równie przyjemna jak – wbrew pozorom – sama rozgrywka. Pięćdziesiąt sześć utworów zapewnia nam podróż niemal sto lat wstecz, przez wszelkie odmiany muzyki jazzowej tamtych czasów, a całość to coś więcej niż prosta stylizacja. Kto grał, ten pewnie ma wśród nich swoje “ulubione” (czyt. takie, które usłyszał, przynajmniej we fragmencie, kilkadziesiąt razy), a kto nie grał, ale pozostaje żywo zainteresowany tym, co dobrego dzieje się w muzyce, ten nie powinien patrzeć z przymrużeniem oka na to wydawnictwo. Nie ma powodu, bym sam nie dopisał dzieła Kristofera Maddigana do listy swoich ulubionych ścieżek dźwiękowych gier.


(skala ocen: 0.5-5)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *