Z ręką na pulsie (#38): Lastryko, LOTTO, Merkabah

Lastryko – Lastryko (Music Is the Weapon)

Brakuje mi, jak by to ująć, deklaracji. Oczywiście nie wszyscy muszą manifestować i krzyczeć, opowiadać się i określać, dobrze pozostawić w niepewności i nie kłaść swojej wizji łopatą, cokolwiek miałoby to znaczyć, ale… Moje skromne umiejętności porządkowania i późniejszej artykulacji myśli pozwalają na niepełne stwierdzenie, że Lastryko zmierza. Eksplorując rozmaite odmiany rocka, których granie nie pozwoli zapełnić nawet trzecioligowych stadionów, co nie wynika ani z faktu, że na owym poziomie rozgrywek gra kilka – jak się mówi – uznanych drużyn, ani ze słabości poczynań zespołu, czyni to wprawdzie ostrożnie, ale z gracją bez porównania większą od tej, jaką się wykazałem, pisząc to zdanie. Na razie kwituję te nieśmiałe próby nieśmiałą, ale szczerą aprobatą.

Posłuchać można tutaj.

LOTTO – VV (Instant Classic)

Przy “Elite Felline” byłem umiarkowanie sceptyczny. Nie to, że odnosiłem wrażenie, iż osoby, które się znają, uległy zbiorowej halucynacji albo zawiązały jakiś tajemny spisek, mający na celu dowiedzenie szerszemu gremium, iż najciekawsze rzeczy w polskiej muzyce dzieją się w obszarach “przemilczanych” (oczywizm), a za przedstawiciela modelowego takiej postawy twórczej, wobec którego mainstreamowe media wykazują postawę cokolwiek niewzruszoną, uchodziła w poprzednim roku formacja LOTTO (to już rzecz dyskusyjna). Rzecz w tym, że tamten post/black-minimal/jazz, autystycznie repetytywny, był całkiem przyjemny i przemyślany. Gdyby to William Basinski ilustrował swoją muzyką trzeci sezon “Twin Peaks”, mogłoby to brzmieć mniej więcej tak. Z “VV” jest może nawet bardziej problematycznie. Pasuje mi powiedzenie, że lepsze jest wrogiem dobrego. Bo i utworów więcej. I pomysłów. I nastrojów. I dźwięków. A wszystkiego jakby nieco mniej. Bohaterem Anno Domini 2017 będzie pewnie ktoś inny.

Merkabah – Million Miles (Instant Classic)

Kontynuując myśl: a może Merkabah? Poprzednia płyta mi nie podeszła, co świadczy jedynie o tym, że mi nie podeszła. Z “Million Miles” sprawy mają się już inaczej i bez wątpienia lepiej. I to właśnie ten album mógłby z pomocą nosić – i dźwignąć – tytuł “Moloch”. Za sprawą istotnego udziału partii saksofonu nie opuszczała mnie skądinąd miła myśl o rumuńskim Exit Oz, acz gdyby trzymać się tego porównania, nie jakoś kurczowo, to trzeba by było zaznaczyć, że nasi są nawet lepsi, bo nie kombinują z dodawaniem wokali. Dzięki temu spokojnie lokują swój artystyczno-intelektualny we właściwym miejscu, co przynosi wymierne i obopólne korzyści. To żadna artystowska awangarda, napuszona niczym paw (i z ichnim piórem w wiadomym miejscu), będąca osobliwą odmianą prężenia muskułów przez suchotnika, tylko dojrzała propozycja, która warto rozważyć.

Posłuchać można tutaj.


(skala ocen: 0.5-5)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *