Z ręką na pulsie (#37): Antigama, Bell Witch, Ulver

Antigama – Depressant (ep) (Selfmadegod)

Jeśli chodzi o grindcore, to do szczęścia wystarczy mi w zupełności Cloud Rat. Ale Antigama to marka. A “Depressant” nie nuży, co w przypadku takiej muzyki nagminne. Władomo, że nawet swoim niegłupim i całkiem twórczym podejściem do gatunku nie kupią przeciętnego słuchacza. Pewnie nie uda im się też zagrać żadnego z zamieszczonych na epce utworów w którymś z programów śniadaniowych. Ale panowie niewątpliwie mogą być z siebie zadowoleni. A dla mnie to wydawnictwo na tyle nieoczywiste, że pewnie będę próbował do niego wracać, co jest dla mnie mimo wszystko lekkim zaskoczeniem.

Posłuchać można tutaj.

Bell Witch – Mirror Reaper (Profound Lore)

Stratę po nieodżałowanym Warning (“Watching from the Distance” to być może najlepsza doommetalowa płyta w historii gatunku) w pewnym stopniu wetuje 40 Watt Sun, choć trzeba mieć na uwadze tych, którzy nie zdołają “przesiąść się” na slowcore. I za nic mając fakt, iż “Wider than the Sky” to rzecz tak dotkliwie bolesna, tak dojmująco rozpaczliwa… Ale to, w jaki stan potrafi wprowadzić, jak pokiereszować, nie ma znaczenia. Nie tylko dlatego, że miała być mowa o czym innym. W swoim stylu zmierzam do tego, że panowie z Bell Witch stanowią swoisty pomost między tymi dwoma zespołami, niejako zbierając doświadczenia obu. Najbardziej ekstremalne albumy nagrywa się wtedy, gdy próbuje się wychodzić poza ekstremę. Na “Mirror Reaper” słyszymy wprawdzie doom metal w najbardziej nieprzystępnej odmianie, ale “odciążenie” (dobre sobie!) tych dźwięków poprzez unurzanie ich slowcore’owej apatii sprawia, że całość naprawdę brzmi jak epitafium dla zmarłego w zeszłym roku wokalisty i perkusisty zespołu. Dodajmy do tego odjęcie od muzyki gitar elektrycznych i perkusji. Zostaje sam bas, wokal i organy. Resztę wypełnia pustka. Bezmiar ciszy. Krótszy z dwóch utworów trwa trzydzieści pięć i pół minuty, więc nie ma szans i powodów, by sięgnąć po tę płytę… dla przyjemności, przypadkiem. Ale jeśli ktoś chciałby sprawdzić, z czym to się je, to może nie mieć lepszej okazji.

Posłuchać można tutaj.

Ulver – Sic transit gloria mundi EP (House of Mythology)

Niech grają, co chcą. Wszystko im wolno. Nie chodzi o to, że postawiłem na nich krzyżyk. Nawet jeśli każdy rozsądny meloman mnie wyśmieje, to osobiste spojrzenie każe mi patrzeć na “Messe I.X–VI.X” (2013) jako szczytowe osiągnięcie Wilków, a to, że jeszcze im się chce, odbierać jako swoiste postsriptum, takie niewymuszone i lekkie, do ujmującego listu. Zaślubiny z synthpopem to niegłupi pomysł. Nawet gdy mówimy o zespole z blackmetalowym rodowodem. Na epce nie obecnych jeszcze na wydanej w tym roku i przyjętej entuzjastycznie płycie “The Assassination Of Julius Caesar” improwizowanych odjazdów, niepewnych zerkań w kierunku własnej przeszłości i swoistego niezdecydowania. Są “tylko” dwa potencjalne przeboje i cover “Power of love” Frankie Goes to Hollywood. I tyle. Więcej naprawdę nie trzeba. Szkoda, że i tę stylistykę pewnie zaraz porzucą.

Posłuchać można tutaj.


(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *