Z ręką na pulsie (#124): Alice Boman, Det Gamle, Noon

Alice Boman – Dream On (PIAS)

Od dobrych kilku lat każdy kolejny rok należy – w moim prywatnym, intymnym wręcz rankingu – do wokalistki, którą uda mi się w danym czasie odkryć. Nie mogę wykluczyć, że tym razem będzie nią Alice Boman, choć znając moje preferencje, większe szanse na coś więcej niż zauroczenie byłyby wtedy, gdyby te smutne piosenki zaaranżować na folkowo. Jako indie/dream pop również są dobre, niekiedy bardzo dobre (“Hold on”), odpowiednio chwytliwe, a przy tym oszczędne i eteryczne. Fani Julee Cruise czy Hope Sandoval mogą spokojnie sprawdzić. Życzyłbym sobie tylko żywiołowej szczegółowości w tekstach, by całość uderzała jeszcze mocniej, była mniej… konwencjonalna, a bardziej konfesyjna.

Posłuchać można tutaj.

Det Gamle – Rex Lucifer (wyd. własne)


Nie wiem, czemu powstał ten zespół, ani czemu został przemianowany z Det Gamle Besatt (wiem, że to Det Gamle to Besatt w klasycznym składzie, ale Besatt istnieje i wokalista/basista jest w obu formacjach ten sam). Wiem jednak, że dla “Rex Lucifer” robię wyjątek. Bo to jedynie ciekawostka. Symfoniczny black/thrash (!!) spóźniony o co najmniej ćwierć wieku, pozbawiony magii i romantyzmu, jakiej należy oczekiwać po albumie mogącym pochodzić z tamtego okresu. W zamian za to otrzymujemy niezamierzony walor komediowy, ale nawet wyobrażanie sobie, że wersy o szatanie śpiewa Gargamel, nie uratuje przed śmiertelną nudą. I nie uratuje “Rex Lucifer”. Sam singiel wystarczy.

Posłuchać można tutaj.

Noon – Nobody Nothing Nowhere (Nowe Nagrania)

Wraz z latami, jakie mijają od chwili, gdy Noon odszedł od hip hopu, coraz lepiej widać to, że nie ma odrobiny przypadku w tym, iż swego czasu wyprodukował kilka spośród najbardziej klasycznych pozycji na polskim rapowym podwórku. Na “Nobody Nothing Nowhere” pokazuje, że nie jest jednak postacią jedynie pomnikową i może stanowić inspirację dla młodych twórców rodzimej elektroniki. Sam wie, co się święci, czego dowodzi dobór współpracowników (m.in. Piotr Połoz i Tomasz Mreńca). Ten album wydaje mi się rewersem “Algorytmu”. Jeśli tam dostaliśmy stronę jasną, południową (?!), to tutaj mamy (pół)nocną. Bodaj najciekawsza rzecz u nas w pierwszych dwóch miesiącach 2020 roku.

Dodaj komentarz