Z ręką na pulsie (#120): Leonard Cohen, Lugubrum / Urfaust, Riverside

Leonard Cohen – Thanks for the Dance (Sony)

Jak by to ująć… Mam nadzieję, że pierwszy pośmiertny album Leonarda Cohena (dygresja: nigdy nie byłem wielkim fanem i pewnie już nigdy nie zostanę) jest jego ostatnim albumem. Podobał mi się nieco bardziej niż ostatni, jaki nagrał za życia. Gdyby kolejność ich wydania była odwrotna, to owa dysproporcja/różnica mogłaby się okazać jeszcze wyraźniejsza. Bardziej szczegółowe uwagi byłyby dość nieuprzejmą sugestią, że ktoś nie wie, kim był Leonard Cohen i jaką muzykę nagrywał.

Lugubrum / Urfaust – Bradobroeders (Ván)

Sześciominutowy wstęp – ładny, nie powiem – do nowej kompozycji wspaniałego duetu Urfaust (nie powiem, niebrzydkiego). Jak na gości z kosmosu, grających w innej lidze – nic wielkiego.

Posłuchać można tutaj.

Riverside – Acoustic Session (InsideOut)

Nie mam tak negatywnego stosunku do Riverside, jak przyjęło się mieć w kręgach tzw. znawców, ale o ile do pewnego momentu każdy ich kolejny album wydawał mi się lepszy niż poprzedni (punkt szczytowy to “Shrine of New Generation Slaves”), o tyle od tamtej pory tendencja jest odwrotny. Na “Acoustic Session” załapał się utwór z debiutu, jest jeden z “Rapid Eye Movement” i dwa fragmenty “Wasteland” (w tym jedyny świetny, czyli “River down below”), ale z dwóch najlepszych płyt nie ma nic, zaś sam tytuł sugeruje dość ciekawostkowy charakter epki, i nie jest to sugestia myląca.

(skala ocen: 0.5-5.0)