Z ręką na pulsie (#107): Foghorn, Maciej Wirmański, Ryszard Lubieniecki

Foghorn – Thanatos (Opus Elefantum Collective)

Nie twierdzę, że by wypowiadać się o jakiejś płycie, trzeba jej posłuchać określoną liczbę razy. Nikt nie wys(n)uwa analogicznych twierdzeń odnośnie do literatury czy dzieł kinematografii. Jednak w przypadku “Thanatosa” sprawa jest o tyle ciekawa, że niełatwo do tych dźwięków dotrzeć, niełatwo dotrzeć się z nimi i one same nie docierają łatwo. Jeśli ktoś chce widzieć w tej płycie hołd dla debiutu Have a Nice Life, to pewnie się nie pomyli, ale to trochę tak, jakby w powieści dygresyjnej zwracać uwagę tylko na główny wątek. Złapałem się na tym – pamięć krótkotrwała wciąż mi się “regeneruje”, więc nie powiem, czy było to dziś, czy wczoraj, by nie skłamać – że budzę się, a pod czaszką grają mi niektóre melodie z tego albumu. Melodie długo skryte dla mnie za szumiącą (momentami hałaśliwie) mgłą. Jeśli “Thanatos” miał być antytezą “Corony”, to nie udało się może tak, jak w przypadku drugiej i trzeciej płyty Ścianki (które są – być może jedynie dla mnie – tak skrajnie różne od siebie, jak tylko możliwe, a przy tym oddają jedną wspólną i spójną myśl), ale są tutaj – co w polskim niezalu, delikatnie mówiąc, nieczęste – świetne piosenki. Podane może trochę tak, jakby piosenki były wciąż wstydliwym tabu w środowisku. Twierdziłem tak przy okazji debiutu i twierdzę nadal, że gdyby Foghorn zagościł w Trójkowej playliście – żadna złośliwość czy ujma – to mogłoby się okazać, że Polacy go pokochają. Właściwie cała pierwsza połowa płyty to potencjalnie alternatywne hity, a utwór tytułowy to wręcz potencjalny klasyk. Nie wiem, nie znam się, jedynie czuję, ale jeśli ktoś z dostrzeżonych niezalowych artystów naprawdę nie pasuje do reszty (co nie wyklucza, że może czuć się w tej niszy bardzo dobrze), to jest to właśnie Foghorn.

Ach, i dla mnie “Thanatos” to bardziej post-punk niż post-rock i bardziej lo-fi niż shoegaze, gdyby ktoś pytał, ale to też kwestia odczucia, nie znawstwa.

Posłuchać można tutaj.

A w tym miejscu stojący za projektem Foghorn Tomasz Turski opowiada o ulubionych/najważniejszych płytach.


Maciej Wirmański – Sounds of a Boiler Room and a Laundry Room / Odgłosy kotłowni oraz pralni
(Szara Reneta)

Przyjemnie bliskie dźwięki z cokolwiek obcych mi miejsc. One same o sobie opowiadają, a tytułowe “odgłosy” – nawet jeśli ktoś nazwie je szumami – to pewna kokieteria, bo cały zapis nie sprawia wrażenia przypadkowego, jest logiczny, ma swoją strukturę, logikę i kojącą dramaturgię. Pisze się o tych nagraniach terenowych niełatwo, ale zdecydowanie warto ich posłuchać.

Posłuchać można tutaj.

Ryszard Lubieniecki – Seeds (Nasze Nagrania)

Akordeonowa awangarda. “MAGMA2” jest naprawdę piękną kompozycją (chciałbym, żeby wiosną pod oknami, w parku czy w komunikacji miejskiej tak grali okoliczni grajkowie), pozostałe wymagają raczej intelektualnego niż emocjonalnego zaangażowania, nawet jeśli nie pewnych predyspozycji, to przynajmniej bycia odpowiednio dysponowanym, więc bardziej powinienem “Seeds” docenić niż oceniać. Niewątpliwie Ryszard Lubieniecki wie, co gra, a osoby, które również będą wiedzieć, płyta powinna usatysfakcjonować.

Posłuchać można tutaj.

(skala ocen: 0.5-5.0)