Z ręką na pulsie (#106): Abbath, Brzoska i Gawroński, Koza, Undeath, Volbeat, Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi

Abbath – Outstrider (Season of Mist)

Nie wiem, czy Abbath to mem, legenda, czy miś panda. Jeśli prawdziwa jest odpowiedź c), to “Outstrider” może oczarować, jeśli a), to będzie nużyć, a jeśli b) – rozczarowywać. Dla mnie to lekki, niezobowiązujący black metal bez niezamierzonych akcentów komediowych. W końcu ten facet należy do tych, którzy robią w rozrywce, a nie w powadze (por. Xiążę Warszawski – Rockowa rodzina z Polską w tle) i dziwne, by ktoś się o to jeszcze obrażał.

Brzoska i Gawroński – Zapominanie (Fundacja im. Tymoteusza Karpowicza)

Do tej pory znałem tylko “wodne” płyty tria Brzoska/Marciniak/Markiewicz, więc (od)czytanie poetyckiej twórczości Wojciecha Brzoski, jakiego autor dokonuje z Dominikiem Gawrońskim, stanowi dla mnie nowość. Nowość bardzo przyjemną i odświeżającą. Te wiersze brzmią bodaj jeszcze naturalniej, bardziej piosenkowo i swobodnie w elektronicznym ujęciu niż podane “na jazzowo”. Choć może to być zasługa tych wierszy – bardziej introwertycznych, intymnych, prostszych. Kilka wersów ukłuje i zaboli, kilka melodii i fraz wwierci się w głowę, a płyta pewnie przejdzie – albo już przeszła – bez echa. A jest tak nienachalnie hipnotyzująca, na swoje nieszczęście bardzo osobna, i smutna, ciężka, i tak tęskna…

Koza – Mystery Dungeon (Lekter)

Być może ktoś tęsknił za moim pisaniem o rapie. Choćby dlatego, że jest coś zajmującego w obserwacji czyichś masochistycznych zmagań. Cóż, jeśli chodzi o mnie, to za pisaniem o rapie nie tęskniłem. Ale Koza nagrał jakiś… dungeon trap. Słowno-muzyczna magma stygnie bardzo szybko, więc nie tyle nie rozumiem przeintelektualizowanej poezji, ile słyszę słowa (słowa, słowa), które nie łączą się z innymi słowami, wersy docierają do mnie w oderwaniu od innych wersów, a wszystko błyskawicznie ulatuje. Zostają tylko boleśnie błędnie stawiane akcenty. W źle obranej konwencji jest to dobre., więc dam punkt więcej niż powinienem. Filozofowie mogą dodać do oceny jeszcze jeden punkt, a filozofowie przed maturą – dwa punkty.

Posłuchać można tutaj.

Undeath – Sentient Autolysis (Caligari)

Nowość z kategorii “losowy death metal hajpowany w portalu RateYourMusic”. Gdy brzmi tak, jakby to miał być techniczny death metal (ale muzycy po chwili zaczynają się karcić, że przecież grają co innego), jest całkiem… świeży (tak, to pewnie najmniej pożądane określenie), zaś w pozostałych momentach to taka stara szkoła (Autopsy, Demilich). Nie mam pewności, czy dla jej zwolenników, czy dla fetyszystów.

Posłuchać można tutaj.

Volbeat – Rewind, Replay, Rebound (Vertigo)


Jeżeli kiedyś słuchało się Volbeat z lekkim zażenowaniem, a muzyka zespołu podtrzymywała sens i zasadność terminu/instytucji “guilty pleasure”, to nowej płyty słucha się raczej ze smutkiem. Elvis został, Johnny Cash także, Metallica ustąpiła miejsca Bon Jovi (choć Bon Jovi jest akurat zbyt mało), a zespół chwiejnie kroczy po linii rozpiętej między autoplagiatem a autoparodią. I jakimś cudem w zestawie zaplątał mu się – obok coveru coveru (powtórzenie celowe) “Making believe” – bodaj najlepszy utwór w dorobku (“Rewind the exit”). Jednak ogólnie, jak pisałem na fanpage’u, to taki pop rock bez ambicji.

Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi – Marynistyka suchego lądu (Devoted Art Propaganda)

Widziałem niedawno błyskotliwą jednozdaniową recenzję, która brzmiała mniej więcej tak: “to najgorsza płyta, jaką przesłuchałem dziesięć razy z rzędu”. “Marynistyka suchego lądu”, idąc tym tropem, jest najlepszą płytą, której w połowie miałem dość.
***
Weźmy pierwsze 87 sekund utworu “…”, rozciągnijmy je trzydziestokrotnie i otrzymamy jeden z topowych polskich albumów tego roku. Albo nie! Wykoślawmy wszystko, poskręcajmy w jakichś chorobliwych spazmach – niech będzie cudacznym teatrem osobliwości, muzycznym “Santa sangre” (chyba przez przypadek wyszedł mi sporego kalibru komplement). Wtedy dostaniemy “Marynistykę suchego lądu” W teorii składowe są naprawdę dobre. Nadal jest w tym więcej brudu, zepsucia, zgnilizny i choroby niż na większości metalowych wydawnictw. Tylko że o ile debiut intrygował (jeszcze wcześniejsza epka również była ok), o tyle od pewnego czasu intryga za bardzo jak na mój gust gmatwa się i wikła [w] wątki niezrozumiałe i niezbyt frapujące. Teksty są bardzo udane* (żadne większe zaskoczenie, zważywszy na osobę autora), a wokale – wyjątkowe, melodie potrafią urzec, klimatu nie da się podrobić, ale… Nie no, nie, po prostu. Nie i koniec. Niech nawet ta ocena będzie wyrazem uznania, bo to postpunkowe słuchowisko to dla mnie zbyt osobliwa osobliwość.

*Właściwie określenie “udane” jest dość dwuznaczne, ale niech będzie, że jego użycie wynika z tego, że słów znam naprawdę bardzo niewiele.

Posłuchać można tutaj.

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *