Z ręką na pulsie (#103): Jefre Cantu-Ledesma, LINGUA IGNOTA, Nailed to Obscurity, Peppa Pig, Riot City, Thom Yorke

Jefre Cantu-Ledesma – Tracing Back the Radiance (Mexican Summer)

Muzyka do sesji medytacyjnego leżakowania w słońcu gdzieś pośród łąkowych wysokich traw. Na tyle krótka, by upał nie odbił się na zdrowiu, ale i przyjemnie kojąca – do tego stopnia, że o rozkojarzenie i odpłynięcie nietrudno. Dlatego lepiej potraktować “Tracing Back the Radiance” jako zamiennik takiej sesji i odpoczywać w cieniu.

Posłuchać można tutaj.

LINGUA IGNOTA – Caligula (Profound Lore)

Pierwsze skojarzenie: Daughters. Okazuje się, że producent jest ten sam co w przypadku “You Won’t Get What You Want” (Seth Manchester), więc w podobieństwie brzmieniowym nie ma przepadku. Tylko że Daughters to była zagłada, chaos, zamieszki na ulicach, panika, płonące samochody, apokalipsa, a tutaj mamy patos i pompę, sztuczne ognie (a nie ogień z nieba) i postindustrialne Queen (feat. Florence Welsh) zamiast Swans. Pani Kristin Hayter jest utalentowana, nie przeczę, ale najbardziej stara się przyciągnąć uwagę, jednocześnie od siebie odpychając. Zapewne wywołanie części reakcji było zamierzone (jak sądzę, to się nie ma podobać – ma być brudne, obskurne, bolesne), ale i tak czuję się zbyt niewrażliwy na ten soniczny performance.

Posłuchać można tutaj.

Nailed to Obscurity – Black Frost (Nuclear Blast)

Jeśli Katatonia, obrawszy kurs progresywny, nie zapomniałaby o swoich korzeniach, to mogłaby brzmieć właśnie tak. Tylko że nie wiem, czy w 2019 roku, czy jednak jakieś dwie dekady wcześniej. Ot, taka próba rekonstrukcji. Trudno powiedzieć, czy udana – i potrzebna – ale czasem kopia staje się ciekawsza od oryginału.

Peppa Pig – My First Album (eOne)

Płyta godna tej postaci i kreskówki. Niech jeszcze Tabaluga zadebiutuje (chyba że o czymś – szczęśliwie! – nie wiem), a ja zostanę przy muzyce z Muminków. Jeśli chcecie, by w Waszych mózgach nastąpiły błyskawiczne, głębokie i nieodwracalne zmiany, to polecam.

Riot City – Burn the Night (No Remorse)

Nie wiem, czy można mówić o odrodzeniu heavy metalu, ale na pewno warto o takich płytach jak “Burn the Night” wspominać. Nie jest to muzyka, o której będziemy pamiętać przez lata, ale kilka przyjemnych chwil może przynieść.

Posłuchać można tutaj.

Thom Yorke – ANIMA (XL)

Nie patrzę na płyty Radiohead – nawet najbardziej eksperymentalne – jak na awangardę dla mas. Podobnie jest z solową twórczością Thoma Yorke’a. Ot, albo do mnie trafia i przemawia, albo nie. Zeszłoroczny soundtrack do “Suspirii” wydał mi się męczący, “ANIMA” to przyjemne, ambientalne (pop/techno) orzeźwienie, zestaw bardziej ujmująco niż przejmująco smutnych piosenek. Gdyby to była kolejna płyta Radiohead, to uznałbym, iż jest to całkiem logiczna kontynuacja “A Moon Shaped Pool” (jako niefan grupy mogę pozwolić sobie nawet na przypuszczenie, że to ich najbardziej udana płyta – obok “Kid A”).

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *