Z ręką na pulsie (#101-102): Bałtyk, EABS, Grabek, Jad, Młody Dzban, Virgo Mortis (i in.)

Bałtyk – Helsinki (Opus Elefantum Collective)

Kolejne materiały, którymi rozpieszcza nas w tym roku Bałtyk, muszą cieszyć. “Helsinki” zostały określone przez wydawcę jako materiał w dorobku młodego artysty najsmutniejszy, co takie osoby jak ja powinno cieszyć dodatkowo. Za kilka lat okaże się pewnie, że Bałtyk to jeden z absolutnie najzdolniejszych songwriterów w kraju, ktoś zdecydowanie zbyt duży na bycie częścią polskiej sceny niezależnej, więc tym bardziej warto znać i śledzić, zanim świat się o nim dowie. Skoro przy okazji – jakby mimochodem – notuje ciągły progres, jest to zadanie tym przyjemniejsze.

Diho – Orangutan vol. 07 (My Music)


Obleśny i nieśmieszny żart, który odrzuca za pierwszym razem, zostaje tutaj powtórzony kilkaset razy. Za każdym razem w ten sam sposób, z zastosowaniem jednego środka poetyckiego w postaci marnej jakości porównania. Są płyty, których nie mam sił słuchać (vide ostatnie Pokahontaz) i takie, o których nie mam siły pisać. Bardzo ładną i wyczerpującą recenzję tego wyczerpującego albumu nagrał zresztą Mateusz Osiak, któremu przy okazji dziękuję za wrzucenie na tę minę. Rozerwałem się, naprawdę. A Diho? Cóż, to taki Świntuch na miarę współczesnej polskiej rapsceny.

EABS – Slavic Spirit (Astigmatic)

Za pierwszym razem nie chwyciło, za drugim coś zacząłem łapać (ale nadal bez zachwytów), za trzecim doszedłem do wniosku, że to taki… radiowy jazz. Nie mam przez to absolutnie nic złego na myśli. Zwyczajnie z pozycji słuchacza, który musi zawierzyć [się] całkowicie wiedzy i wyczuciu specjalizujących się w tej niszy redaktorów, trudno mi mówić o “Slavic Spirit”. A z racji osobistej… urazy do “słowiańszczyzny” mógłbym wydać sąd nie tylko płytki, ale i krzywdzący. Ten materiał trafia do mnie we fragmentach (stąd nazywanie go radiowym), ale całość – może z braku eksperckich didaskaliów, które w przypadku takiej prezentacji mogłyby się między owymi fragmentami pojawić – pozostaje dla mnie zagadkowy i niejasny.

Posłuchać można tutaj.

Grabek – Humans (ep) (Gusstaff)

Staram się – albo starałem – czasem “promować” (cudzysłów z uwagi na skalę procederu) polską muzykę niezależną prywatnie. Osoba, której wrażliwość i serce są ogromne, zauważyła z właściwą sobie łagodnością, że gdy coś polecam, to choć nie zawsze jej się to spodoba, to za każdym razem myśli sobie, iż musi to być coś wartościowego, skoro ja [jej?] to polecam. Jednakże większość artystów i zjawisk dostrzeżonych i docenionych w – powiedzmy – środowisku, wyciągniętych niejako poza niezalowe piekiełko, nie robiło na niej wrażenia, wręcz ją odrzucało. Oczywiście wypowiadam się tutaj, na blogu, w swoim imieniu – nawet jeśli istotna część mojej wrażliwości tak naprawdę… jej wrażliwość – ale skwitowanie singla “Hope” przymiotnikiem “przepiękne” wydaje się wystarczająco głęboką i rzeczową analizą krytyczną zarówno tego utworu, jak i – tu przechodzę do refleksji autorskich – całej epki “Humans”. Nie wiem czemu, ale brzmi ona dla mnie – jeśli chodzi o samo ewokowanie – jak przepisane na skrzypce i elektronikę najlepsze nagrania darkfolkowe (Vàli, Musk Ox). Może przez to, że wszechobecna, wszechwybrzmiewająca w tych pięciu krótkich kompozycjach melancholia wydaje się nierozerwalnie związana z naturą (bądź jej stanem). Oszczędność, z jaką Grabek snuje swoją opowieść, nie pozwala na rozproszenie uwagi, a co za tym idzie, każdy dźwięk można poczuć, każdy potrafi zaboleć. Nie chcę używać etykietki “ambient/modern classical”, bo może kojarzyć się nie najlepiej, ale “Humans” robi jeszcze większe wrażenie niż nieprzeoczone w zeszłym roku płyty Resiny, Tomasza Mreńcy czy duetu Nanook of the North. I jest – tak myślę – ważnym krokiem dla samego Grabka.  A przy okazji jednym z polskich albumów roku.

Posłuchać można tutaj, na Polifonii.

Jad – Strach (wyd. własne)

“Strach” wkręca się powoli, jakby to koło, którym Jad chce nas łamać, musiało się rozkręcić. Nie będę przesadzał i pisał, że słychać trzask łamanych kości i pękających czaszek, ale kilka celnych ciosów obuchem w potylicę ci goście potrafią wymierzyć. Proste zagrywki (nie liczę akordów), proste prawdy (jesteśmy niczym, wszyscy umrzemy etc.), ale hardcore punk to [tylko] hardcore punk. Chyba warto mieć oko na ten zespół.

Posłuchać można tutaj.

Mikołaj Janeczko – Planowo Ciszej (Crunchy Human Children)

Jeśli nazwać – za Bartkiem Chacińskim – Trzy Szóstki, gdzie Mikołaj Janeczko wydał przed niespełna dwoma laty album “Granuloma”, inkubatorem, to “odchował się” w nim polski William Basinski. W drugim utworze (“Ciśnienie ok. 1000 hPa”) czekałem w napięciu na nieoczekiwany (?!) zwrot i wyłonienie się drugiej ścieżki z “Melancholii” (jak w “A shadow in time” Amerykanina), pierwszy przywołał może na myśl jego epigonów (konkretnie Jeroena Diepenmaata). A później – nie żeby wcześniej nie – już tylko drone. I popisy Przemysława Wojtaszka na flecie poprzecznym.

Posłuchać można tutaj.

Młody Dzban – Will Rap for Food (wyd. własne)

Młody Dzbam zaczął nie najgorzej (“ŻYCIE NA PARKINGU EPKA”), ale obecnie z jego nagrywkami jest nie najlepiej. Na “Will Rap For Food” bywa trochę jak młody π (“Wstanę”), tylko wcale nie. Wcześniej wydawał się zaginionym Obrońcą Hardkoru.  Może jak odpocznie, to wróci do siebie.

Ostrowski – Further Fluctuations (Pawlacz Perski)

Eksperymentalna kontemplacyjna elektronika, która jest na tyle kontemplacyjna (we fragmentach!), by pochłonąć uwagę i na tyle eksperymentalna, by ją utrzymać. Jak czytamy w notce towarzyszącej “Further Fluctuations”, ta muzyka jest jak sen o sztucznej inteligencji, która wymyka się spod kontroli [s]twórcy i przeistacza w żywy organizm. Ostrowskiemu, jak się zdaje, takie utrzymanie kontroli nad słuchaczem wychodzi lepiej.

Posłuchać można tutaj.

Parampampam Trio – PPPT EP#24 (wyd. własne)

Rozumiem spontaniczność – w muzyce również – jako spontaniczny poryw serca, kolektywny moment kreatywności, który naprawdę dobrze utrwalić, ale czy w kimś, kto obcuje z samą rejestrację, może się to trwale zapisać? Z ulotnymi impresjami – nie tylko w muzyce – jest taki problem, że mogą okazać się niezrozumiałe, rozmyte, kiedy nadać im szerszy kontekst. Nie wiem, jaki najstrój panował 31 marca 2019 roku w sali prób, w której trio Koczan/Dzwolak/Nałysnik zagrało utwory znajdujące się na tej epce. Nie dowiem się, nikt się nie dowie. Możemy tylko zgadywać, dokąd udało się wtedy ulecieć, jak mocno Parampampam Trio poniosła twórcza wyobraźnia. Jestem ciekaw, jak brzmiałaby jego niespontaniczna muzyka. Ale taka rozmyta, mglista, jammowa psychodelia też jest całkiem przyjemna (szczególnie w cięższej i mniej “bezpiecznej” “Topieli”).

Posłuchać można tutaj.

Torpur – Gobland (Dreamland Syndicate)

Przy okazji wydanej w zeszłym roku przez enjoy life epki “Cave” pisałem o “kwadransie chropowatego transu”. Torpur jednak się rozwija (nie tylko dlatego, że nowa epka trwa ponad dwadzieścia minut), choć jest to rozwój specyficzny, bowiem zachodzi w kierunku przeciwnym do progresji. Gdyby Darkthrone zaczynał w miejscu, z którego startowała Sierść, to na wysokości “The Cult is Alive” czy “F.O.A.D.” mógłby nagrać “Gobland”. Bezpretensjonalnie prymitywny, a przy tym niebanalny i przynoszący dużo frajdy punk.

Posłuchać można tutaj.

Virgo Mortis – Virgo et Mortis (Opus Elefantum Collective)

Dlaczego darkwave? Odnoszę wrażenie, choć rzecz rozbija się zapewne o osobiste preferencje, że gdyby inaczej rozłożyć akcenty, położyć nacisk na – no wie wiem – choćby shoegaze i post-rock, to… Być może jest coś takiego w Jeleniej Górze, że wywodzą się stamtąd jednostki bardzo zdolne (jedną wciąż mam, i mieć będę, w pamięci), a nie trzeba być znawcą, by dostrzec, że Virgo Mortis ma potencjał i nieprzypadkowo – nawet jeśli w grę wchodzą układy bardziej koleżeńskie – debiutuje w Opus Elefantum, ale nie mogę się w pełni przekonać do tej dość, jak by tu rzec, nieuporządkowanej, dosłownie mrocznej i dość oczywistej – jak przywołany w tytułach utworów podział etapów przeżywania żałoby, dokonany przez Elisabeth Kubler-Ross. Taneczny (danse macabre?) fragment intryguje (“Bargaining”), wokół dostrzegam kontury wielu dobrych pomysłów, melodii, ale widać nie potrafię się (ich?) odnaleźć i tylko krążę w tę i we w tę. Jak po obcym, opuszczonym cmentarzu w bezgwiezdną noc.

Posłuchać można tutaj.

Whalesong – Gateway (Antisound)

Nie jestem fanem industrialu, jakkolwiek rozumianego (chyba że jest nim także dark ambient), bowiem pierwiastek ludzki, to muzyka bardzo odległa mi w samej – nie wiem – idei. Nie chcę jednak rozwodzić się nad czymś, co nie ma być ani przedmiotem… rozważań, ani nie stanowi przedmiotu moich poszukiwań. Jestem za to fanem tego, jak nastrój swoich kompozycji buduje Michael Gira i jego przyboczni. Dowodzony przez znanego chociażby z Grave of Love Michała “Neithana” Kiełbasę (zbieżność imion wydaje się nieprzypadkowa) duet Whalesong potrafi wykreować podobny klimat, hipnotyczno-klaustrofobiczny, oszczędnie dysponując orężem w postaci hałasu i krótkich fraz tekstów. Miłe zaskoczenie.

Posłuchać można tutaj.

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *