Z ręką na pulsie (#1): Deszcz, Foreign Fields, Królestwo

Deszcz – Deszcz (wyd. własne)
deszcz

Konkret. To wprawdzie tylko nieco ponad dwadzieścia minut, ale nie deszczu, a nawałnicy, gradobicia, burzy, która dopada pośrodku niczego. I naprawdę nie muszę być panczurem, żeby to zrobiło na mnie wrażenie. Tak jak nie trzeba być z cukru, by obawiać się potężnego oberwania chmury, przed którym nie ma się gdzie schronić. Paralele może niezbyt wyszukane, ale nazwa zespołu jest świetna i to tak samo. Może zobaczywszy ją na okładce epki, przez chwilę żałowałem, że to nie post-rock, ale już mi zdecydowanie przeszło. A “Deszcz” naprawdę nie przechodzi bokiem ani bokiem nie wyjdzie.

Foreign Fields – Take Cover (Communion)
foreign fields

Przypomniał mi się dowcip. W zarysie, zresztą nie umiem opowiadać – nie tylko dowcipów – więc i w zarysie opowiem. Otóż ojciec ogląda z małym synem w telewizji transmisję biegu. No i syn pyta, czemu oni tak biegną. – Bo ten, który wygra, dostanie medal – słyszy odpowiedź. I znów pyta: a po co biegną pozostali? Nie palę średniego żartu bez powodu. Słuchając “Take Cover”, można zadać pytanie, co to daje Foreign Fields, że grają, jak z takim Radiohead czy Coldplay nie mają szans i pewnie nigdy nie wypełnią stadionu introwertykami, a to ich indie jest rzeczywiście indie. Ale ich smęcenie potrafi być naprawdę nęcące. Wprawdzie nic nie wskazuje, by ten materiał zawierał tak ciężkie, wycieńczające psychicznie utwory jak “Perfect home” z debiutu czy stutonowe combo w postaci “Subtle weight” i “Hold me down” z epki (dwa ostatnie to utwory życia – zarówno mojego, jak i ich), ale że słychać, iż to nadal Foreign Fields, to słucha się dobrze. A że wolałbym ciszej, wolniej i smutniej, to już tylko moje marudzenie. No i puentując, sztuka to nie wyścigi, a z tysiąca zespołów grających tak samo to właśnie ten jest tym jednym na tysiąc. I na “Take Cover” są takie momenty, które dobitnie o tym świadczą.

Królestwo – Ćwiczenie repetytywne (Music is the Weapon)
królestwo

Skojarzenie z LOTTO, które gdzieś spostrzegłem, nie jest ani tak banalne, ani tak bezsensowne, jak mogłoby się wydawać. Samo granie również. Do mnie trafia nieco lepiej niż “Elite Feline”. Może dlatego, że jest takie… rockowe? Pewnie jakby ktoś powiedział, że każdy z trzech utworów można by trzykrotnie skrócić, to nie znalazłbym argumentów, by zacząć polemikę, ale też nie czuję, by testowano moją cierpliwość czy zdolność zachowania uwagi. Jest hałaśliwie, jest duszno, jest lekko psychodelicznie, jest całkiem miło. Tylko chyba dźwięków za dużo, bo nikt nie nakręca hype’u.



(skala ocen: 0.5-5)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *