Ulver – Drone Activity (2019)

Jak zwykle nie wiem, jak zacząć. Kiedyś był to problem odnoszący się do samego pisania, teraz chodzi o to, że nawet jeśli myśli pojawiają się w ciągu charakteryzującym się pewną logiką, to trudno odnaleźć ich początku. Cała plątanina jest tak kłębek wełny, którym cały dzień bawił się pozostawiony sam w domu kotek. Ale ma być przecież o wilkach.

Jeśli napiszę, że nie czekałem na “Drone Activity”, że nie czułem ekscytacji na myśl o zbliżającej się premierze, to zabrzmi to średnio wiarygodnie, skoro formułuję to zdanie na ponad tydzień przed oficjalnym pojawieniem się wydawnictwa na rynku (i po kilku dniach zabierania się za tę recenzję). Z Ulverem jest tak, że zwykle potrzeba czasu, by w pełni docenić ich kolejne płyty, ale w przypadku ‘The Assassination of Julius Ceasar” potrzebowałem go, by dostrzec, że pierwsze wrażenie było złudne, co w przypadku albumu tak, powiedzmy, efekciarskiego może mnie nieco tłumaczyć.

Nowa płyta jest zapisem występu grupy na Red Bull Music Festival w Oslo 13 października 2018 roku. Nie wiem, jak ta muzyka wypadła na żywo. I czy nie była “na żywo” komponowana. W pewnym sensie sprawia wrażenie, jakby miała sprawiać wrażenie (!!) powstawania w momencie, gdy jest już wykonywana. Albo jakby stanowiła – w duchu specyficznej megalomanii norweskiej grupy – syntetyczną odpowiedź na pytanie, jak powstaje. Przez to cały pierwszy utwór („True north”, szesnaście minut) i istotny fragment drugiego („Twenty thousand leagues under the sea”) jest potrzebne na zbudowanie nastroju, choć odczuwa się jedynie coś między znużeniem a rozkojarzeniem. I trudno wyzbyć się poczucia, że to takie granie dla samego grania, jakieś drony bez początku i końca (jak te moje myśli!), które mogą tylko zmóc. Od razu zacząłem myśleć o poprzedniej koncertówce, „ATGCLVLSSCAP”, której nie lubię od chwili premiery – bez wahań i wątpliwości. Tym razem odjęto przynajmniej – i darowano słuchaczowi – recykling własnych pomysłów. Ale nadal przez 1/3 całości odnosi się wrażenie, że brak ich tutaj w ogóle, można spokojnie wlepić dwie i pół gwiazdki na RYM-ie, i zapomnieć o tej muzyce, której i tak już się nie pamięta.

Ale nie. Bo to, co wydawało się bez sensu, nabiera go z każdą kolejną minutą. Snucie się przechodzi w repetycje. Zespół zaczyna sięgać po kolejne środki, rozszerzać stopniowo formułę, jakby od początku wszystko było w ten sposób pomyślane, a wstęp – mimo wszystko przeciągnięty – miał służyć rozwinięciu opowieści.  Nie buduje już nastroju, tylko napięcie, które wprawdzie nie zostaje w wyraźnie zaakcentowany sposób rozładowane, a jedynie „zarzucone” (utwór drugi), ale nabiera to kształtów, kolorów i sensów. I jest bardziej organiczne, eksperymentalne.

„Blood, Fire, Woods, Diamonds” to już w ogóle inna rozmowa. Nawiązując do krajowych premier pierwszych miesięcy tego roku, Próchno z Januszem Jurgą wychodzą tuż przed zmierzchem z lasu, by patrzeć na niego z przedmieść. Ten cokolwiek absurdalny obraz lepiej oddaje to, co słyszę, niż mogłaby to zrobić żonglerka nazwami gatunków. „Exodus” to z kolei oś symetrii wstępu (dwa środkowe utwory również mają ze sobą wiele wspólnego, nie tylko to, że są naprawdę dobre – to taki psychodeliczny rytuał), ale z ładną melodią, dramaturgią i wyrazistym finałem. Moment wyjścia z szamańskiego transu, być może zakończony nieprzyjemnym doznaniem (poza)zmysłowym.

Nie wiem, czy jest to pozycja, która zasłuży na uwzględnienie w rocznym podsumowaniu. Nadal wydaje się momentami mocno szkicowa, przeciągnięta. Jednak wydaje się jako całość takim… miłym rozczarowaniem. Ale takim, dzięki któremu będę wypatrywał „prawdziwej” płyty Ulvera z większą ciekawością niż miałoby to miejsce po „The Assassination…”.

Ach, i super, że nie ma tu wokali.


ULVER, Drone Activity, House of Mythology

(skala ocen: 0.5-5.0)