Tumør – Tumør (ep) (2019)

Dałoby się zamknąć tę recenzję w jednym zdaniu. Brzmiałoby ono tak: “Tumør nagrał najlepszą jak do tej pory rapową płytę w Polsce w 2019 roku”.

Dałoby się również w dwóch. By aż tak nie słodzić autorowi. Wówczas tekst miałby następujący kształt: “Tumør nagrał najlepszą jak do tej pory rapową płytę w Polsce w 2019 roku. By tego dokonać, wystarczyło ponownie, po dziesięciu latach, odczytać imienną epkę Ddekombinacji”.

Mógłbym jeszcze bardziej się wycwanić i wkleić własną prywatną wypowiedź, przynajmniej odpowiednio zredagowany fragment, bo w wymianach zdań dużo częściej formułuję jakieś zdanie. Wtedy mógłby on wyglądać w taki sposób: “Fajnie, że to nie jest trendziarskie, nie jest też jakieś anachroniczne, ogólnie opresyjne to takie (w nawijce nawet bardziej niż w muzyce). W samym flow kojarzył mi się bardziej z Laikiem (przez krótką chwilę z Pezetem) niż z Kiddem. Nie umiem odgadnąć ale nie wydaje mi się, by gość jakoś się jarał tradycyjnymi rapsami (czy tym bardziej by to była jego ulubiona muzyka), ale nie wykazuje też takiego ironicznego podejścia typowego dla kogoś zupełnie z zewnątrz”*.

Jaka jest puenta z powyższych pararozważań? Ano taka, że nie jest łatwo pisać i mówić o rzeczach trudnych.

Podoba mi się to, że “Tumør” nie ma się podobać. Nie dlatego, że Tumør podobać się nie chce, bo wówczas widziałbym w tym pozę, a to już by mi się nie podobało. Za to, że ktoś tak naturalnie nie schlebia gustom, należy się pochwała. Ten materiał ma drapać, męczyć i irytować. Jest mechaniczny i brudny, ale to powierzchowna szorstkość (albo szorstka powierzchowność). W duchu, i z serca, to czysta muzyka. Tutaj, odwołujac się do czystości, chciałbym zgrabnie przeskoczyć do “wątków” farmaceutycznych, mógłby przy tym użyć sformułowania “>>DDekombinacja<< przefiltrowana przez współczesną (sic!) >>wrażliwość<<“, ale to, co wydaje się błyskotliwe na papierze (czyli w tym przypadku w umyśle), na papierze (czyli w tym przypadku na stronie) już takie nie będzie. Trochę tak, jakby ludzie przez dekadę nauczyli się inaczej (nie) radzić sobie z problemami. Albo po prostu Kidd miał niezwykłą wrażliwość społeczną, która potrafiła przekrzyczeć egotyzm.

Przejdźmy do zarzutów. Można wystosować taki, z jakim sam spotkałem się przed kilkoma laty: nikogo to już nie szokuje. No nie szokuje – odpowiem – ale przykuwa uwagę. A to jest z każdym tygodniem, przy takim zatrzęsieniu premier, coraz trudniejsze. Jednocześnie instynkt samozachowawczy słuchacza każe szukać czegoś, co ją rozproszy. Bo tu jednak sporo… wszystkiego. Jakiejś prawdy, która może zostaje rozmyta abstrakcją i (nad)użyciem wyrazów ze Słownika wyrazów obcych, ale słucha się tego trochę jak fonicznych zapisków z jakichś nieudanych sesji terapeutycznych.

A co można zrobić w odpowiedzi? Wysłuchać. Nic więcej.  Warto. Choćby po to, by się odbić.

Można to zrobić tutaj.

* Wówczas nie wiedziałem, że Tumør jest duetem.

Tumør, Tumør, Trzy Szóstki

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *