Top 20: polskie płyty XXI wieku

20. Lao Che – Gusła (2002) (S.P.)

Parę dni temu próbowałem pisać o ich najnowszej płycie, będącej dla mnie mimo wszystko sporym rozczarowaniem, a teraz wypada wspomnieć o miłych (złego?) początkach. “Gusła” to album specyficzny, mogący odstraszać pewną hermetycznością. W warstwie tekstowej interesujący, przynajmniej od strony formalnego konceptu, muzycznie zaś osobliwy i osobny. W moich oczach – i uszach – nadal się broni. Takie “Powstanie Warszawskie” byłoby pewnie dla mnie teraz trudne do przełknięcia (a kiedyś bardzo lubiłem), ale to nie dotyczy – czy raczej nie dotyka – debiutu płocczan. Ten wciąż lubię i szanuję.

Posłuchać można tutaj.

19. Adam Strug i Kwadrofonik – Requiem ludowe (2015) (Polskie Radio)

To… dobry początek. Do tego, by sięgnąć głębiej, szukać dalej. Wartościowa dusza, gdy jeszcze mogła mieć takie życzenie, wskazała wśród swoich ulubionych płyt tę wydaną przez In Crudo (pierwszą z serii “Jest drabina do nieba” – ukazały się dwie części, drugą chcę nadrobić), a jako wielbiciel radiowego magazynu Źródła wszystko podchwyciłem i łyknąłem. Jeśli chodzi zaś o “Requiem ludowe”, to naprawdę piękny zestaw świetnie odśpiewanych i zagranych pieśni. Z niezapomnianym finałem.

Posłuchać można tutaj.

18. The Syntetic – Człowiek widmo (2001) (wyd. własne)

Nie wiem, jakie jest znaczenie tej płyty dla różnych peryferyjnych gatunków, na pewno wiele zjawisk się tutaj zaczęło, ale rzecz jest tak wyjątkowa, że sam The Syntetic nie był – i nie jest – w stanie się zbliżyć do tego, co osiągnął, gdy “zaśpiewywał” dla śmiechu znane zachodnie przeboje. Poczynione nagrania rozdał swoim znajomym, więc wypada podziękować komuś, kto odpowiada za wyciek. Gdyby coś podobnego działo się dzisiaj, mielibyśmy gwiazdę Youtube’a z milionem subskrybentów. Byłbym jednym z nich.

17. Tymon – Zmysłów 5 (2002) (Blend)

Nieco symboliczne wyróżnienie dla rapera, który nigdy nie objawił (w) pełni swego potencjału. Literacko odstawiał resztę stawki tak, że nawet nie widziała jego pleców. Potrafił świadomie i z wyczuciem przeoblec własne niedoskonałości w zalety. Był również świadomy tego, co mówi, a przede wszystkim miał coś do powiedzenia, co w rapie nie wydaje się wcale takie częste. “Zmysłów 5” było zapowiedzią czegoś wielkiego. Tym bardziej szkoda, że to zapewne nie nadejdzie.

16. Wyrąb Lasu – Tylko sierść! (2016) (wyd. własne)

Muzyka ideowo zaangażowana budzi z reguły mój sprzeciw. Taki ze mnie radykał. A jeśli nie sprzeciw, to niepokój. A jeśli nie sprzeciw czy niepokój (bo idea jest słuszna), to z reguły śmiech. Słuchając Wyrębu Lasu również można się uśmiechnąć, ale to nie będzie uśmiech politowania. Zdolni, wrażliwi, mądrzy ludzie nagrali wartościową, przekonującą i potrzebną płytę. A nie, zaraz… Wróć! Kilka zwierząt skrzyknęło się, by nie tyle ucieleśnić i wykrzyczeć swoją rozpacz, jako stworzenia uciśnione, ile przestrzec rodzaj człowieczy, że oto nadejdzie odwet. Mają kły. Mają pazury. I wolę ich od Dezertera. Choć nie sądzę, by to mnie uratowało w dniu sądu.;)

Posłuchać można tutaj.

15. Czesław Śpiewa – Debiut (2007) (Mystic)

Nigdy bym nie pomyślał, że Czesław Mozil zrobi taką karierę. Nie to, żeby nie zasługiwał. “Debiut” postrzegam do dziś, a znam tę płytę od dnia premiery, jako diabelnie depresyjny krążek, który pozostał zdecydowanie najlepszą pozycją w dyskografii artysty. Artysty zupełnie niesłusznie pogardzanego przez chcących uchodzić za znawców, a w rzeczywistości za obowiązującym (w narracji, fuj!) trendem, tylko powtarzając to, co przyjęło się, że należy sądzić.

Posłuchać można tutaj.

14. Armia – Der Prozess (2009) (Isound)

Kto wie, czy nie jest to najlepsza płyta Armii. A być może także ostatnie tchnienie tego zespołu. Płyta duszna, dusząca wręcz, podobnie jak jej literacki pierwowzór, w pewien sposób natchniona. O wiele bardziej niż albumy z okresu neofickiego wiernego Tomasza B.

13. Wędrujący Wiatr – O turniach, jeziorach i nocnych szlakach (2016) (Werewolf)

Druga płyta Wędrującego Wiatru to więcej tego, co na debiucie. Rozwinięcie formuły, pełniejsza i pewniejsza jej realizacja. Jest ciężej, ciemniej, ciekawiej. I smutno, wręcz przytłaczająco, a pierwotnie muzykę duetu wiązałem wyłącznie z komfortową melancholią. Na wieczorny spacer po lesie sprawdzi się lepiej niż jakieś 99% wydanych po latach 90. we wszelkich odmianach black metalu krążków. W każdych innych okolicznościach, nie tylko przyrody, również.

Posłuchać można tutaj.

12. Wsie – Wsie (2015) (Biedota)

To niebezpieczny materiał. Niekoniecznie wybuchowy, raczej apatyczny. Jednak niepokój, jaki potrafi wywołać, sprawia, że wystawienie się na działanie tych dźwięków na dłuższym odcinku czasowym może być nierozważne, a wręcz niebezpieczne. Duet Zaskórski/Materek stworzył słuchowisko pochłaniające do tego stopnia, że jest w stanie nieuważnego – albo przeciwnie: poświęcającego zbytnią uwagę – słuchacza pożreć. Polecam, zastrzegając, że ostrzegałem.

Posłuchać można tutaj.

11. Bisz-Kosa – Zimy EP (2007) (wyd. własne)

“Te zimy wrócą za rok / jeśli to włączysz w przyszłym” nawija Bisz w kawałku “Te zimy wrócą”. Po latach łatwo użyć tego wersu w charakterze obosiecznego miecza, bowiem bydgoszczanin nigdy już nie zaprezentował równie dobrej formy. Tutaj udało się uniknąć jej przerostu nad treścią, co przy konceptualnej epce na świetnych bitach mogło być trudne. Inna sprawa, że klimat nam się zmienił, więc jeśli chcemy powrotu zimy, to właściwie nie mamy wyboru. I musimy sięgnąć po wspólne nagrania Bisza i Kosy.

Posłuchać można tutaj.

10. Mgła – Exercises in Futility (2015) (Northern Heritage)

Ładne zdanie sformułował w wywiadzie dla Metal Hammera (kartkowałem) Mark “Barney” Greenway z Napalm Death. Otóż stwierdził, że sama przynależność narodowa nie stanowi wartości dodanej. Niespecjalnie zajmuje mnie kwestia polskości. Dlatego nie jestem dumny z Mgły. Niemniej jednak zespołowi udało się nagrać jedną z płyt dekady w swoim gatunku. Bez geograficznych podziałów. “Exercises in Futility” od momentu ukazania się na rynku fonograficznym brzmi jak klasyk. Nie oznacza to zapatrzenia w lata 90., w zdolnych Norwegów i Szwedów, próby trawestacji samego klimatu. Mgła jest tak nasza, jak to tylko możliwe, by jednocześnie nie odrzucać.

Posłuchać można tutaj.

9. Pezet-Noon – Muzyka poważna (2004) (Embargo)

Czasem zastanawiam się, czy wolę jednak bliższą memu sercu i niesłusznie znienawidzoną “Muzykę emocjonalną”, czy jednak “Muzykę poważną”. To, iż z pierwszego z albumów można śmiało wykreślić połowę utworów, bo niepotrzebnie wypchano go remiksami, skłania ku temu drugiemu, na który ostatecznie pada wybór. Pezeta lubię za to, że jest prostym, wrażliwym gościem, w dodatku bardzo zdolnym. Nawet jeśli wydaje mi się, że tak zdolnym, by na kolejnych płytach cynicznie realizować kolejne zgodne z tytułami koncepty. No ale wszystkie rapowe wydawnictwa w tym zestawieniu są w jakimś stopniu konceptualne.

Posłuchać można tutaj.

8. Ewa Braun – Stereo (2002) (Post_Post)

To jedna z płyt, do których byłem nastawiony sceptycznie, zapewne już długo przed ich poznaniem, ale mój sceptycyzm przemienił się dość szybko w szczery entuzjazm, gdy już posłuchałem “Stereo”. Klimat, jaki uchwycono w tych dźwiękach, wydaje się niemożliwy do precyzyjnego nazwania i opisu, bo hasła w rodzaju “miasto”, “jesień” czy “miłość”, choćby nimi zgrabnie żonglować, nigdy niczego nie oddadzą. To jeden z tych zespołów, który bardziej nie trafił niż trafił w swój czas, bo teraz, kiedy za sprawą rozmaitych zachodnich serwisów płyty nagrane przez polskich artystów potrafią się odbić szerokim echem w świecie, to mógłby być zespół cieszący się adekwatnym do oferowanej muzyki uznaniem.

7. Gres Snatch – Noc EP (2005) (wyd. własne)

Dopiero uświadomiłem sobie, że Gres miał wtedy szesnaście lat. SZESNAŚCIE! To, że show kradnie Snatch, który skleja bity i dobiera sample w sposób mistrzowski, a same teksty są właściwie najsłabszym elementem układanki (choć to nadal poziom nieosiągalny dla zdecydowanej większości raperów), niczego nie zmienia. Jestem pełen podziwu.

Posłuchać można tutaj.

6. Siekiera – Ballady na koniec świata (2011) (Manufaktura Legenda)

Nie chcę, by ktoś się dusił ze śmiechu, więc nie powiem, że byłbym skłonny uznać ostatnie (?!) oblicze Siekiery za to, które jest mi najbliższe. Pomimo “chałupniczej” produkcji, która odrzuciła spore grono odbiorców, jakby niepamiętających o tym, że na co dzień – jak podejrzewam – większość z nich ceni sobie stylistykę lo-fi. Kiedy “Ballady na koniec świata” ukazywały się na rynku, pomyślałem, że gdyby tę płytę nagrał ktoś, kogo znam, to bardzo bałbym się o tę osobę. To, iż wciąż przekonuję się, że sam nie mógłbym liczyć na podobną reakcję, oznacza pewnie tylko tyle, że brakuje mi talentu, bo ludzie są przecież ludźmi. Albo tylko ludźmi. Ta płyta, nawet jeśli momentami naiwna i wymagająca sporej wyrozumiałości, to wciąż depresja w stanie czystym. I nie myślę wcale o poziomie nagrań.

5. Wojtek Cichoń – Działa zabrane (2014) (skwer.org)

Najbliższa mi płyta z autorską poezją. To zdanie wyraża właściwie wszystko, co chciałbym wyrazić. Całej reszty pewnie się zwyczajnie nie da.  Najpiękniejsze jest tutaj nieskrępowanie, bo rap chyba jednak nie pozwalał rozwinąć skrzydeł i objawić pełni talentu.

4. Panowie – Zerwane EP (2014) (wyd. własne)

Pamiętam, jak poznałem tę epkę, ponad dwa lata temu. Włączyłem, nawet mnie zaintrygowała. Na tyle mocno, bym zrzucił sobie teksty do Notatnika. Jesienny wieczór. Zanim poszedłem spać, całość poleciała kilka razy, tak jakoś, jakby sama. Potem przez około dwa tygodnie właściwie nie słuchałem niczego innego. To się nie zdarza. A już na pewno nie w przypadku płyt, które dopiero poznałem. Nadal nie czuję zmęczenia tym materiałem, tylko ciągły niedosyt, każący wracać do tych kilku nagrań. Każde wydaje się lepsze od poprzedniego. I to niezależnie od kolejności słuchania. Wszystkie dotykają jakiejś prawdy i potrafią prawdziwie dotknąć.

Posłuchać można tutaj.

3. Blindead – Absence (2013) (Mystic)

Trzy ostatnie płyty Blindead są wielkie. Ale ta sięga tam, gdzie nie sięga bodaj żadna polska płyta metalowa. Właściwie nazywanie “Absence” płytą metalową jest ujmą. To inny rodzaj wyrażania i wrażliwości. Jest kilka dosłownych fragmentów, ale przeważają momenty prawdziwego piękna. Byłbym pewnie trochę innym człowiekiem, gdyby nie “Absence”, być może wielu rzeczy nie zachowałbym w pamięci. Trudno o tym pisać. Ale łatwo polecić sam krążek.

2. Ścianka – Białe wakacje (2002) (Sissy)

Wahałem się między tym albumem a “Dniami wiatru”. To skrajnie różne płyty. Obie kapitalne. Wybrałem w jakże nieoczywisty sposób wpędzające w najgłębsze odmęty rozpaczy “Białe wakacje”, choć prawdę mówiąc, boję się tego słuchać, wracać, a o krzywdzie i bólu mam całkiem spore pojęcie. Właściwie o czasie – jakże krótkim – i uczuciach, z jakimi wiąże się ta płyta, mógłbym napisać książkę (co właściwie poniekąd zrobiłem), więc by nie zacząć wypisywać rzeczy całkiem już nieistotnych, przytoczę refleksje nieco bardziej rzeczowe:

To jak opowieść o wakacyjnej miłości, która nie wiedzieć czemu, kończy się w środku wiosny. O utracie czegoś, czego się nie miało. O utracie i niepełnym odzyskaniu świadomości. O tym, że nie można wrócić ani odejść. Wspomnienie tego, co nie zdążyło się wydarzyć.

Posłuchać można tutaj.

1. Za Siódmą Górą – Rogalów – Piosenki ku pokrzepieniu serc (2008) (OBUH)

Kocham tę płytę. Ponoć kocha się za nic, ale “Rogalowa…” nie ma za co nie kochać. Im głębsze uczucie, tym trudniej wyrazić je słowami, więc wspomogę się refleksją dawniejszą, nieco ją “uwspółcześniając”. I oddawszy sobie głos, zakończę.

Wojcek Czern, założyciel niezaprzeczalnie ważnej wytwórni Obuh Records, nagrał ze swoim flagowym projektem płytę wyjątkową. Intymną, głęboką (także poprzez głębię… czasową, głębię odniesień, sięgających wczesnego dzieciństwa), będącą apologią małej, maleńkiej wręcz ojczyzny autora, odmalowanej z uczuciem i po mistrzowsku (“w Rogalowie życie płynie / wujek Irek na kominie” to najlepsze dwa wersy, jakie usłyszałem lub przeczytałem w 2016 roku), pełną rzeczywistych (czy też urzeczywistnionych) i mitycznych postaci, wielobarwną, niejednoznaczną, naznaczoną tęsknotą i… dobrą. Nie myślę o poziomie muzyki, bo ten zasługuje na jeszcze wyższą ocenę, tylko o jej… duchu. To niezwykła opowieść zawieszona między rzeczywistością a baśnią. Naprawdę może pokrzepić.

Ulubiony utwór? Co drugi jest wybitny. Nie, to nie za duże słowo. “W Rogalowie”, jak kolegę chwyciło, słyszałem parokrotnie w dawkach po co najmniej kilkanaście odtworzeń. “Anioł”, choć nie pada w nim choćby jedno słowo, faktycznie opowiada o aniele, o czym mogę zapewnić. “Niech to licho!” zawiera w sobie niezawieralne, opisuje stany, które nie poddają się opisowi (zasługuje na druk jak mało który tekst piosenki). Nie będę wyliczał dalej. Wybieram “Koło źródła”, bo to jeden z najpiękniejszych i najbliższych mi utworów, jakie znam.

One Comment

  1. niemamnicku Marzec 8, 2018

    Słabe jest twierdzenie, że jeśli ktoś nie darzy sympatią Mozila, to tylko podąża za trendami i udaje znawcę – brzmi to jakbyś był strasznie nadęty i sam siebie uznawał za muzyczną wyrocznię, a chyba aż tak źle z tobą nie jest. Równie dobrze można by powiedzieć, że sam tylko bezmyślnie sprzeciwiasz się popularnej opinii (nie mamy chyba dobrego odpowiednika słówka “contrarianism”) – widzisz chyba, że to bez sensu trochę, bo każdą opinię można w taki głupi sposób zdyskredytować. Lepiej byś zrobił jakbyś napisał, co ci się w tym Czesławie podoba, zamiast jojczyć, że inni nim gardzą.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *