Tool – Fear Inoculum (2019)

Miałem (wczoraj) taki dzień, że nie spałem w nocy. To zdanie ma tak brzmieć, nawet jeśli (i) z nim jest coś nie tak. I ten Tool wyszedł, wyciekł, wypłynął, i trochę jakbym się obudził w innym świecie (udałem się pod wieczór na okołogodzinną drzemkę, która tylko mnie po(d)łamała), bo jednak wielu, którzy czekali, mogli się nie spodziewać [doczekać] tej premiery.

Ja nie czekałem.

Nie na to.

I ten Tool przeleciał, przemknął, przeszedł, nic nie utkwiło – także boleśnie – nic nie zgrzytało… Nie było tak, ze coś nie gra – raczej tak, że coś gra. Kiedy jest się na nogach te półtorej doby, a całą noc wcześniej słuchało się właściwie ciągłej wypowiedzi, na której trzeba było się skupić całkowicie, by zaprowadzać osobę mówiącą z powrotem do wątków, które nieumyślnie porzucała w połowie drugiego zdania, i było to angażujące w równym stopniu emocjonalnie co intelektualnie, i nie dało się tam zwykle wetknąć zdania od siebie, to ze zwyczajowego deficytu koncentracji nie zostaje nic, bo z koncentracji nic nie zostaje. Nawet teraz nie wiem, co piszę, ale piszę, co chcę.

W teorii. Bo w teorii jest to pisanie.

Pamiętam, że ta osoba chodziła niegdyś w koszulce z okładką “10,000 Days”. Być może nie świadczy to o niej najlepiej, gdy idzie o preferencje węwnątrzdyskograficzne, ale pewnie nie będzie nadużyciem, gdy nazwę tę osobę osobą (hah), która w pewnym okresie z pewnością bardziej sympatyzowała z twórczością zespołu niż ja kiedykolwiek. Na pewno – teraz mi się to ponownie przypomina – sięgnąłem po ich płyty właśnie za jej sprawą, choć nie wydaje mi się, by chodziło o coś więcej niż podrzucenie nagrań. Raczej nie towarzyszyły temu płomienne przemowy. Ogólnie całe to zjawisko istniało trochę poza moją świadomością. Świadomością, że jest zjawiskiem.

Tamte płyty, lata temu, też przeleciały, przemknęły, przeszły, choć nie bez echa (mimo że u mnie nie pobrzmiewa ani jeden dźwięk z nich), a raczej do historii/kanonu. Nawet jeśli kanon alternatywy jest dla mnie alternatywnym kanonem. I określenie “alternatywny” niekoniecznie ma pozytywny wydźwięk w tym kontekście. Może niektórzy chcieliby Tool kanonizować, a inni – też fani – chcieliby, aby przeszedł do historii. Choć przyznaję, że zawsze zaskakiwały mnie frakcje przeciwników powrotów zespołów, które w powszechnej opinii wcześniej nie potknęły się w swej artystycznej drodze. Nie wiem, jak tutaj, bo moje potyczki z muzyką zespołu kończyły się raczej bezbarwnym remisem, w którym nie padł ani jeden celny cios (właściwie to żaden nie został wyprowadzony), ale chyba trzymali [swój] poziom. W czasach, kiedy mogłem interesować się Toolem, interesowałem się mniej alternatywnym alternatywnym metalem. Teraz, kiedy tak naprawdę trudno mi się interesować czymkolwiek, pozostaje tylko pewien fenomen. Nie cofnę się w czasie, by go poznać i zrozumieć.

Jeśli już, to cofnąłbym się, by kogoś nie poznać. I móc nie rozumieć trochę mniejszej liczby zachowań czy postaw. A przy tym wiedzieć trochę mniej.

A może mi się to przyśniło (tę już przespałem), może tylko sobie roję, choć ani to, co wydaje się, słyszę, nie jest wymarzone, ani jak z koszmarów, raczej – w singlu chociażby – to taki mechaniczny Riverside (choć pewnie to Riverside był “Toolem >>z duszą<<” albo coś, upraszczam do karykaturalnej przesady), może nadal jestem nieprzytomny, i tylko coś mi plumka, brzdąka, pobrzmiewa, i nawet nie pytam, czy to to, na co miałbym czekać trzynaście lat, bo bym się pewnie rozczarował [odpowiedzią]. Mimo wszystko etykietka “dla fanów” byłaby chyba krzywdzącą metką, gdy idzie o “Fear Inoculum”. A i pewnie i zespołowi, i fanom o to chodziło.

Mnie o nic nie chodzi. Względnie jeśli nie wiadomo o co, to i ja tego nie wiem.:)

Trochę to wszystko zmierza donikąd (tekst, album[?]), ale jeśli naprawdę wszystko-wszystko, to jest to pokrzepiające. Zespół zaś jest zdecydowanie lepszy w budowaniu napięcia, wywoływaniu emocji i [i]graniu, gdy nie wypowiada się poprzez muzykę. Żaden balonik nie pękł, jak sądzę, żyłka też pewnie mało komu pęknie, jak posłucha, ale jak nie posłucha to też nic [mu] się nie stanie.

Ot, jedna z tysięcy płyt. Nagrana przez zespół, który jest/był jednym na tysiąc [tysięcy].

PS. Można przyjąć, że nie słyszałem “Fear Inoculum”. Ale w weekend naprawdę napisałbym to samo co teraz.

***

KRÓTKI DOPISEK: 

Redaktor Koziczyński potrafił stworzyć o tej płycie małą rozprawę, przywołać takie nazwy jak King Crimson, Pink Floyd czy Yes. Może trzeba być nim, by tak umieć. To dziwny album,. A jednocześnie taki, który ani trochę nie zaskakuje. Nie wiem, co w nim hejtować, a co chwalić. Ot, po prostu sobie jest. Tool brzmi jak Tool, gra jak Tool i jest Toolem. Z pozycji kogoś, na kim nie robiło to wrażenia – również złego! – patrzę na “Fear Inoculum” jak na płytę, która go nie robi, po prostu. Mogę słuchać, nie będę kręcił nosem, ale jedyne, co wychwycę, to pojedyncza melodia czy jakiś motyw. Być może gdybym był fanem, czułbym rozczarowanie czy chociaż niedosyt, bo raczej nie jest to dążenie do udoskonalenia formy, tylko bezpieczne okopanie się na swojej pozycji. A ta nie wydaje się już tak mocna jak wydawała się w początkowych latach tego milenium.


TOOL, Fear Inoculum, Volcano

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *