Tede & Sir Mich – Karmagedon (2019)

Może ta recenzja powinna być tak niechlujna i niewysilona jak “Karmagedon”? Może powinienem zbierać myśli tak jak Tedzik utwory, to znaczy nie przejmując się logiką, wagą i sensem poszczególnych refleksji, a przy tym wykazując postawę, w której przebijałaby pewność, że jestem w tym och-jaki-super i od zjadania innych niezalków mogę się prędzej nabawić niestrawności niż wyrzutów sumienia?

Ano może. Ale nie mogę.

Co najwyżej chcę.

Ech, parafrazując Krzysztofa “Banana” Banasika naśmiewającego się w utworze “A kiedy nic was nie ochroni” Kultu z indolencji i bumelanctwa Kazika Staszewskiego, który nie dograł tamże refrenu – to mogła być fajna płyta. Gdyby Tede nie był aż tak płodny, jurny i zakochany w swojej artystycznej progeniturze. Bo kiedy dorosłem do tego, by nie traktować go jako “osobowość telewizyjną”, a jego “amerykańskość” przedłożyć nawet ponad “polskość” większości sceny, on ciągle żywi do siebie żarliwe uczucie, którego nadal nie podzielam. I nie chce stać się – trochę wzorem VNM-a – Jackiem.

Woli być sobą.

Niby dobrze, ale tylko niby, bo taki O.S.T.R. wrócił przecież do siebie, a do jego tegorocznych nagrań wracać się nie chce i wracać się nie powinno. Tede ma podobny problem – ze sceną, z (własną?) seksualnością,  z Nowym i Obcym – ale przynajmniej więcej odwagi, by przysolić (a nawet przypieprzyć) komuś personalnie. A to koledze z Poznania, a to z Warszawy, a to z TVN-u. W gadce jest chwatki (to chyba nie wyrażenie synonimiczne do „mocny w gębie”), ale kiedy zaczyna rozprawiać się z kobietą (konkretnie z Martą Linkiewicz), to staje się to dość słabe. I z niego wyłazi słabość, buta, i słoma z butów mu wyłazi.

Pewnie z drogich i modnych butów. Zresztą więcej niż kawałków o rapie i robieniu rapu jest tu o robieniu hajsu z rapu i robieniu rapu dla hajsu. Jednak kiedy na chwilę Tede albo poważnieje (“Kartagedon”), albo staje się cyniczny do cna (nie wiem), i składa chociażby kilka zwrotek do (nie?)dawnej miłości (?), to potrafi być naiwnie liryczny i bezwzględnie bezpośredni jednocześnie („już cię nigdy nie wpuszczę do serca / i choć żadna inna nie zajmie ci miejsca / to jednak – żegnaj”), nawet jeśli efekt psuje beznadziejny refren („Cafe O’Belga” – niezłe te tytuły, swoją drogą). Niedługo później jednak potrafi dać taki popis, że samo cytowanie choćby fragmentu przyprawia mnie o mdłości („wszystkie te panie Granieckie / chociaż doszły, to niedoszłe / każdej z nich dziś we mnie część jest / i za każdą tęsknię troszkę”). I już wolę jak z właściwym sobie brakiem wyczucia (poza wyczuciem trendów, rynku i gustu małoletnich słuchaczy) podejmuje tematy, które subtelności nie wymagają.

Po co komuś talent i wrażliwość, kiedy jest tak sprawny jak Jacek Graniecki? Może dlatego nikt mu złego słowa nie powie (a mógłby to zrobić choćby Sir Mich), że by mu od razu w pięty poszło, jak by się Tede wziął odwinął w nawijce. Nie wiem chociażby, czym mu podpadł Numer Raz („Hoespicjum”) i jakie jest źródło całego konfliktu* (domyślam się – to nietrudne – że ekonomiczne), nie wiem, czym sobie zasłużył Kuba Wojewódzki  na pytanie o to, ile ma do setki (to konkretny punch, wykorzystanie inteligencji, o którą kiedyś tego gościa nie posądzałem, w najgorszy możliwy sposób). Tacy raperzy o dwadzieścia lat młodsi podpadli pewnie tym, że są dwadzieścia lat młodsi i nazywają siebie raperami, a przecież nie stawiali fundamentów krajowej sceny, mają konta na Facebooku i Instagramie (ciekawe, że Tede nie ma, a lubi chwalić się w wywiadach tym, jakie wykręca tam liczby i jak świetny jest w nowych mediach), a poza tym nie noszą się tak jak starsi „koledzy” na przełomie wieków (np. „Gangin”). „R. Kelly” wyleciał z podstawowej tracklisty, i dobrze, ale trudno za to bić brawo, bo 1) ten utwór w ogóle powstał i 2) znalazł się na rozszerzonej wersji albumu.

Albumu, który jest jak ten tekst. Niewysilony i nie(po)ważny. Aystarczyło tylko zrobić porządek, zamiast go zaprowadzać, skasować kilka ścieżek, kilkoma innymi nie podążyć, tam darować sobie linijkę, tam zwrotkę i wyszłoby coś imponującego. Przynajmniej formalnie, bo Tede w formie to i tak Tede w formie za(n/d)urzony.

A z treści mamy głównie kwasy i żółć.

Taka karma.

* DJ Tuniziano, wiem, ale czy tylko?

TEDE & SIR MICH, Karmagedon, Wielkie Joł

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *