Tede Sir Mich – Disco Noir

Tede Sir Mich – Disco Noir
tede sir mich disco noir
Wymęczyła mnie ta płyta. Okazało się bowiem, ze Tede – w wywiadzie udzielonym Kubie Głogowskiemu – nie rzucał słów na wiatr, mówiąc pie**olcie się wszyscy. – Teraz będziemy tańczyć – dodał bowiem zaraz. A jak sobie człowiek tak niezdarnie pląsa – w ciemnej kuchni, po północy, ze szklanką gorącej zielonej herbaty w niezgrabnej dłoni – to trochę sił ubywa.

Raper rzucił jeszcze jedno zdanie: teraz jestem popem. I to ma podwójny sens – zarówno jako klasyfikator gatunkowy, jak i pewna wskazówka “geograficzna”. Czymkolwiek jest bowiem słowiańska melancholia – i jeśli czymś wartym wzmianki, nie wzgardy – to słychać ją na tym albumie. Albumie, który przenosi w czasie gdzieś pod koniec lat 90. – jeśli nie dalej w przeszłość. Pewnie jedynym, na którym deep house (zresztą ruski!) rymuje się ze zdrobnionym określeniem żeńskiego organu płciowego. I rymuje się nie tylko w tekście “Dziewczyny z klubu techno”. Polski europop. Polski eurodance. Polopop. Polodance. Albo jak chce sam autor, deephopolo.

Hip-hop to prawda do rytmu – słyszymy na wstępie, w utworze tytułowym. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale że w tym samym wstępie – będącym inwokacją do hip-hopu – prosi hip-hop o wybaczenie, to na szczęście hip-hopu jest tutaj tyle co kot napłakał. I nad tym płakać nie będę. Nie będę też pomstował na ordynarność, na kreację świata, w którym dziewczynki są na godzinki (2000/h), liczy się hajs, problemy są, ale się je*ie je (je*ie je), życie toczy się od imprezy do imprezy (kto bowiem siedziałby w domu z tomem poezji i kotem), a Kopciuszek nie wraca, choć już w pół do pierwszej. Nie będę, bo z zestawu wyrzuciłbym właściwie tylko trudną do przełknięcia pigułkę z polskiego (t)rapu pt. “Sukki” – jest zbyt gorzka. Reszta smakuje – zgaduję – jak tania ciepła wódka, pita grupą pośpiesznie w pełnym słońcu, ale ma sieknąć, więc siecze. Niczego więcej nie oczekuję, o nic więcej nie proszę, cóż więcej mógłbym chcieć.

Może swoisty czar “Disco Noir” polega na tym, że Graniecki staje się postacią tak karykaturalnie odpychającą (ot, narcystyczny hedonista), tak przerysowaną, że przypomina szwarccharakter z kreskówki. Kreskówki dla dorosłych – co trzeba podkreślić. Nie musi budzić sympatii, ale sama kreska – nie żeby biała – jest bardzo charakterystyczna, choć to wszystko machnięte od niechcenia, bez wysiłku. Trudno nie dostrzec, że sposób, w jaki warszawiak konstruuje i serwuje wersy, wskazuje na to, że potrafi trochę więcej niż chce pokazać, że potrafi. Potrafi trochę więcej niż większość jego kolegów, których nigdy pewnie kolegami nie nazwie.

Rap nie musi sztuką. Sztuką jest, by nie był – w taki sposób, by chciało się go słuchać. Albo by chociaż się dało. Nie ma sensu się spinać (chyba że jest o co), bo czasem niezbyt wyrafinowana rozrywka jest potrzebna. Tede na “Disco Noir” odpuszcza zupełnie. Wrzuca na luz. A Sir Mich pozwala mu odpiąć wrotki i wrzucić wyższy bieg.

Może ten album jest tak zły, że aż dobry. Może skala się przekręca. Może granice żenady zostają przekroczone. Może to nie jest hip-hop i dlatego taki hip-hop mi taki rap odpowiada. A może jestem prostym człowiekiem, który nie chce przekazu – ani wersów o nim – tylko spójnej, wczutej wizji. Bo nawet jeśli to neonowe miasto wygenerowano w CGI, a cała produkcja była pomyślana jako blockbuster bez większych ambicji, to jednak bardziej PRO8L3M niż coś innego. Tylko bardziej pro.*

*Ewentualnie nowa “Muzyka rozrywkowa”, tylko bardziej rozrywkowa.

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz