Taco Hemingway – Pocztówka z WWA, lato ’19 (2019)

– Czy Taco Hemingway jest dobrym tekściarzem? – zapytała osoba, która ostatni mój blogowy tekst o twórczości urodzonego w Kairze rapera nazwała “snem wariata”, tym samym sprawiając, że nigdy tamtych zapisków nie opublikowałem (jeszcze tego samego dnia powstały inne). Teraz jest lżej (/lepiej /spokojniej /normalnie /dobrze). I ciężej. Ciężej, bo owa redaktorka umie odrzucać nie tylko teksty (“wcale nie jesteś lepszy, a bywasz gorszy” – przypomina echo), a lżej, bo mogę – nie tylko ze względu na rzeczoną okoliczność/nieobecność – napisać naprawdę cokolwiek. Choćby podjąć rozważania o pogodzie.

Jak Fifi.

Nie odpowiedziałem na tamto pytanie. Raczej nazwałbym podniesienie kwestii prowokacją, taką wyjątkowo – w tym przypadku – łagodną i… uśmiechniętą. Teraz też skupię się (“skupię się” – dobre sobie!) na czymś innym. Nazwałem pana Szczęśniaka raperem, co jest (nie)istotnym uproszczeniem, ale na nowej płycie zatacza koło (dziwne, że nie zakłada sobie – jako artysta – pętli na szyję): “Trójkąt warszawski”, dosłownie na sekundy przed tym trwającym do dziś szałem, brzmiał jak album gościa, który rapu nie lubi i ma do niego stosunek głęboko ironiczny, a na gatunek [ludzki?] spogląda z perspektywy wielkomiejskiego altartysty-hipstera. Teraz zaś to, co wówczas było jedynie wrażeniem, zostaje świadomie zrealizowane.

Mamy lipiec, więc jeśli nazwę “Pocztówkę z WWA, lato ’19” płytą leniwą, to może to zostać odczytane jako komplement. Zastrzegam więc, iż z ową “leniwością” wiąże się obecność tak wielu gości (m.in. schafter, Dawid Podsiadło czy Pezet – ten ostatni mocno zawodzi, reszta ogólnie trzyma poziom, ale też nie próbuje przyćmić gospodarza, co nie byłoby chyba szczególnym wyczynem), bo jak się samemu nie chce, to… Naprawdę wierzę, że jeszcze pod koniec wiosny Taco Hemingway nie miał planów wydawniczych, a gdy pojawił się pomysł na to, by jednak nagrać płytę, to jedyny pomysł, jaki na nią miał, to by ją nagrać.

Nie czuję potrzeby przekrojowego opisu poetyk tekstów Taco Hemingwaya, bo zasadniczo jest tak, że jak facet nie pisze o Warszawie, to pisze o sobie, a jak nie pisze o sobie, to pisze o Warszawie. Tutaj jest gdzieś… pośrodku. Autoportrety, jakich dokonuje, mają głębię i ostrość nocnych selfie robionych na ślepo, bez sticka, kiedy ciało i umysł dalekie są od optymalnej sprawności, a obraz miasta faktycznie można nazwać pocztówką. I jest on równie absurdalny, gdy idzie o sens, jak faktyczne pocztówki z WWA.

Zrobiłem sobie w nocy trochę notatek (by później sięgnąć do nich, nie sięgając po płytę), a teraz nie bardzo do nich zaglądam – odhaczyłem tylko pierwszy punkt. Nie wiem, czy to nie-dobrze, bo następny brzmi – cytuję – “th brzmi jak zgred”. Jasne, to uproszczenie, skrót, link. I nawet nie chodzi o moralizatorstwo (“Wujka dobrą radę” traktuje z wyrozumiałością, jako [u]twór, który nie miał być serio), tylko o wrażenie, że robi coś, co dekadę młodsi raperzy robią jeśli nie bardziej przekonująco, to przynajmniej z większym przekonaniem. A Taco wchodzi w buty, które jednocześnie są dla niego za dużo i go… cisną.

Dalej mam równie ciekawe podpunkty. Lećmy więc. “Popłuczyny po niczym ciekawym”. Jeśli chciałbym pisać pozytywną recenzję, to wspomniałbym o czymś, co przyjęło się nazywać “powrotem do korzeni”, bo jednak to album bardziej… hmmm… ekstrawertyczny od ubiegłorocznych płyt F.Sz., ale nigdy nie uznałem – mówię raczej o aspekcie literackim, bo od początku ten “wielkomiejski altartysta-hipster” jawił mi się jako o niespełniony pisarz – tych dzieł za frapujące. Pozycja pt. “jestem Taco Hemingway, jestem trochę zmęczony byciem Taco Hemingwayem, ale jestem Taco Hemingway, by móc nawijać o tym, że jestem trochę zmęczony byciem Taco Hemingwayem” to znana i już utrwalona poza, której zważywszy na pozycję artysty trudno nie nazwać karykaturalną. Ale w tym punkcie najlepiej odesłać do świetnego tekstu Piotra Markowicza. Z podobnej perspektywy na “Pocztówkę…” spojrzeć nietrudno.

Sam – po swojemu uproszczając – powiedziałbym, że to lokuje się gdzieś między takimi utworami Jona Lajoie jak “Pop song” i “Very super famous” (pierwszy odnośnie do podejścia i koncepcji, drugi wyczerpuje istotną część tzw. treści, jeśli dodać, że istnieje jeszcze filmowe tło, Warszawa nocą [ograniczenie wiekowe filmu: +12]), tylko jest zrobione tak serio-serio. Dlatego to, że w jednym punkcie mam słówko “wykoncypowanie”, w jednym z kolejnych krótkie “po co?”, a w następnym cytat, nie wydaje się zaskakujące.

Ale tu się zatrzymajmy. Wynotowałem tylko jeden wers. Nawet go wyróżnię graficznie w toku wywodu, bo niewątpliwie warto.

to nie jest Męskie Granie, chłopcze, nie korpomusic

Pomyślałem sobie tak. Załóżmy, że miałbym ochotę na truskawki. Niedaleko jest straganik, na którym ktoś – chyba kobieta, tak przyjmijmy – rzeczone truskawki, pochodzące zresztą z nieodległej plantacji, sprzedaje. No więc poszedłbym, żeby kupić sobie kobiałkę tych smacznych przecież owoców, a kiedy przyszłoby sfinalizować zakup, to owa kobieta zaczęłaby mi mówić, że “to nie są truskawki chłopcze, nie owoce”. Oczywiście jeśli przyjąć, że za mną nie ustawiłaby się kolejka i ktoś by mnie zaraz nie pogonił (nie tylko ja przecież mógłbym mieć ochotę na taki deser), to dyskusja byłaby do podjęcia (do przyjęcia?), a kto wie, czy nie okazałaby się ciekawa. Ale gdy w końcu bym poszedł, a później skosztował tego, na co się wykosztowałem, TO I TAK BYŁYBY TRUSKAWKI.

(tylko znów: nikt nie mówi, że one są fuj!)

“Miałkie i miękkie, nijakie i o niczym” – brzmi bodaj najbardziej rzeczowy (obok tego o nieudanych i niepotrzebnych follow-upach do T.Love czy Anny Jantar) zapisek z ostatniej nocy. Ostatni to “refreny (bosz)”. Podobnych – jak np. tego, że Fifi ma tylko jedno flow, a tutaj i tak co rusz się potyka, nie wyrabia technicznie, i jakby był piłkarzem, to znałby jeden zwód, jakiś na zamach czy coś, i co kilka prób wywracał się na piłce – nawet nie zapisałem. Tak samo jak nie poświęciłem ani słowa żenującemu utworowi “WWA VHS” (jeden z “highlightów” w PL rapie 2k19). Już pomijam, jak bzdurny jest koncept z “wypożyczaniem” kobiet, ale jeśli ktoś myśli, że taka “metafora” się broni, to ja naprawdę nie wiem…

Ta płyta jednak – jako całość – nie budzi w zasadzie żadnych emocji. Usypia. Pokazuje, że Taco – mimo że jestem nastawiony do jego muzyki niemal całkowicie “na nie” (chętnie zmienię front!) – pewien potencjał ma. Albo miał. To, że komercyjny, to wiadomo, ale gdybym miał oceniać “Pocztówkę z WWA, lato ’19” z perspektywy choćby umiarkowanego entuzjasty twórczości Taco Hemingwaya, to zauważyłbym, jak bardzo niechlujna, w złym sensie nonszalancka i wyrażająca wręcz brak szacunku do słuchaczy jest to płyta. W ramach obranej konwencji to dzieło nie tyle niedokończone, ile ledwie naszkicowane. Zaproszenie gości przypomina “łatanie” wybitej w oknie szyby kartonem (sam nie wiem, jej!), ale tu chyba od dawna nie chodzi o muzykę, więc wydawanie byle czego – znów: jeśli  przyjąć, że wcześniej nie było źle – co zostanie opatrzone kilkoma znanymi ksywkawi/nazwiskami (Podsiadło naprawdę lepiej wypada na bicie niż…) i własnym brandem. To już chyba ten etap, że następnym razem (następnym latem?) gość może wypuścić materiał, na którym przez jakieś pół godziny – nie przejmując się specjalnie formą i w ogóle czymkolwiek – będzie ze zblazowaniem mówił (niechby to był nawet monolog improwizowany), że nie chce mu się nagrywać tej płyty, którą nagrywa.

A stadiony i tak się wypełnią. I nie będą to obiekty – strzelam! – Olimpii Elbląg ani tym bardziej LKS-u Omegi Kleszczów.

Posłuchać można tutaj.


TACO HEMINGWAY, Pocztówka z WWA, lato ’19, wyd. własne

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *