Legs McNeil, Gillian McCain – Please kill me (2018)

Zawsze uważałem, że jedyny sposób, by naprawdę pokonać zło, to kochać się z nim.
Arturo Vega

***

Jedni czytają, drudzy piją – usłyszałem, przechodząc przez pobliskie łąki, gdzieś za rzędem garaży. Nie lubię być stygmatyzowany. Szczególnie że w owej sytuacji to ja się pogrążyłem. W lekturze.

Nie wiem, z czym mogłoby się wiązać bycie punkiem w średniej wielkości polskim mieście w pierwszej dekadzie XXI wieku, ale jeśli z piciem taniego wina i nieakademickim nihilizmem, to raczej uporałem się z tym szybciej niż bohaterowie “Please kill me” Legsa McNeila i Gillian McCain z przypadłościami, jakie przypadają im w udziale na skutek nieumiarkowanego współżycia seksualnego z płcią niekiedy przeciwną. Zatem nigdy nie byłem punkiem. A to też jakaś (bez)ideowa deklaracja.

***
Miałem tak wiele problemów psychicznych, że poszedłem do psychiatry, ale on po jakimś czasie oświadczył: “Nie mogę panu pomóc!”.
Johhny Ramone
***

Z racji powyższego sięgnąłem po tę pozycję powodowany ciekawością inną od tej, jaka może powodować osobą, która z dorobku Iggy’ego Popa czy The Velvet Underground ceni więcej niż po jednym, góra dwóch utworach (“I wanna be your dog” i “Passenger” pana Osterberga, “Venus in furs” i “Sunday morning” formacji Lou Reeda), czyli po prostu po to, by poczytać nieco zabawne, nieco obrzydliwe, a nade wszystko zdumiewające anegdoty. Być może, jako że byłem świeżo po lekturze “Pisz pan książkę” pióra znanego aktora, Zbigniewa “zagrałem w ponad stu osiemdziesięciu filmach” Buczkowskiego, potrzebowałem czegoś innego. Oczarowany nie jestem, ale rozczarowany tym bardziej nie.

Są w tej zabawie lepsi i więksi ode mnie, więc gdyby ktoś szukał zachęty, to niech lepiej przyjrzy się autorskiemu wyborowi wyimków tej książki, opatrzonym równie(ż) autorskim komentarzem, odwiedzając w tym celu Polifonię Bartka Chacińskiego. Przestrzegam jednak, że ów – wydawałoby się, przypadkowy – wybór zawiera same najlepsze fragmenty publikacji. Pomija może kilka nieefektownych, równie dobrych, jak na przykład ten o rozpruwaniu kanapy (byłem wręcz poruszony), ale nie przekłamuje obrazu.

***

Kochanie, jestem lachociągiem. A ty kim jesteś?
Lou Reed

***

Myślę, że nie czyni tego także sama książka. Jeśli tak by było, należałoby zrzucić winę na samych bohaterów, bo to uczestnicy całego ruchu mają głos. Jedyne wtrącenia czyni tłumacz, czasem – nomen omen – tłumacząc pewne użyte przez siebie zwroty (albo tłumacząc się z nich), czasem objaśniając jakąś popkulturową aluzję, która mogłaby być nieczytelne, a najczęściej rzuca informacyjne formułki z cyklu “co to za substancja”. Bo jednak brano, co wpadło w ręce, i kto tylko w nie wpadł, ale te (s)ekscesy nie szokują. Raczej bawią, jakoś szczególnie te skatologiczne. Nawet jeśli ostatecznie żadna z potrzeb danej postaci nie została ostatecznie zaspokojona.

To trochę książka poetycka, w sensie formalnym, bo cały pomysł zasadza się na doborze głosów, przywołaniu ich, jedynie tutaj można przekłamać, przemilczeć, podkreślić. Trochę szkoda, że niewiele mówią – wydawałoby się – najwięksi, najbardziej rozpoznawalni przez kogoś, kto z punkiem tak średnio. Jeśli coś mi nie umknęło, to np. David Bowie czy Lou Reed pojawiają się tylko we wspomnieniach. A wydanie oryginalne pochodzi z 1996 roku. Dlatego większość osób traktuję trochę jak postaci fikcyjne, takie barwne i całkiem ciekawie nakreślone, ale wiele nazwisk – bez posiłkowania się dołączonymi do publikacji “notkami biograficznymi” – nic mi nie powie.

***

Zawsze myślałem, że punk to ktoś, kto daje dupy.
William Burroughs

***

Idąc tym tropem, przy okazji pozwalając sobie na choćby dwa zdania konkretne, wspomnę, że akcja powieści dzieje się głównie w dwóch miejscach. Są to nowojorskie kluby, CGBC i Max’s. Później, za sprawą peregrynacji starych bohaterów i pojawianiu się nowych, przenosimy się także na Wyspy Brytyjskie. Wtedy już zaczyna być mowa o takich kapelach, które komuś, kto ma głównie wyobrażenie o tej stylistyce, wydają się najistotniejsze w oczach tych, którym się one świecą na widok ich nazw. Czy jakoś tak.

Nie wiem, komu mógłbym polecić “Please kill me”. Ale tym bardziej nie wiem, komu miałbym odradzać. To mimo wszystko lekka i przyjemna lektura, dostatecznie łatwa także dla osób, które spojrzą na opowiedziane wydarzenia z podobnej perspektywy do mojej. Chyba warto się przekonać. Nawet jeśli ostatecznie będzie się nieprzekonanym.

Legs McNeil, Gillian McCain, Please kill me, Wołowiec 2018


(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *