Stachursky – To moja droga

“Ten tekst nie ma myśli przewodniej” – powiadał pewien poeta. Mogę powtórzyć za nim. Za nim bowiem łatwiej mi podążyć niż za wybiegającą lata (świetlne? w końcu to powinna być miara – jakże trafne! – odległości) w przód myślą Jacka Łaszczoka.

A przy okazji wybronię się przed tym, że w dalszej części wypowiedzi są tylko słowa.

Ponoć – pył.

Cóż.

“Bracia moi wiedzą, że wiem” – śpiewa Stachursky. Nie powiem, że byłem/jestem z jego twórczością za pan brat, choć bratać się próbowałem, by potem – jak wszyscy – brać z nią wieloletni rozbrat. Nieważne, z czym i dlaczego jest mi nie po drodze, do czego nie potrafię dojrzeć i czego nie dostrzegam, bo być może naprawdę pan Jacek wraca ze ścieżek, którymi inni nie zdążyli jeszcze podążyć. Dlatego ON wie. I ci, którzy idą za nim – lub cieszą się z jego powrotu – wiedzą. Że ON wie. Podążać za myślą jest najtrudniej.

– Ty jesteś ciemny – powiedział mi ktoś, kogo już…

Zastrzegając, że wcale nie chodzi o inteligencję. Choć w tym wypadku raczej tak. Na pewno rzecz dzieje się w znanym już nam “uniwersum” – para[rara]kosmicznym – ale jak tak wczoraj spacerowałem przez okolice centrum, to zobaczyłem, że moja mała ojczyzna ma innych superbohaterów (napis na murze: Kapitan Kox). Włada doską mocą (“Dosko”), zapowiada – tutaj sięgając po (nie)sprawdzone wzorce – wszechmiłość (“Zimna lufa”), zna wszystkie wartości (skoro “liczba ma znaczenie”, to może wartości liczbowe? “Jam jest 444”). Odcina się wprawdzie od bycia panem światem (może to panowanie kadencyjne? minęło dziesięć lat od czasu, kiedy został nim mianowany), ale wspomniana doska moc daje mu władzę total[itar?]ną i chroni przed wszelkimi zagrożeniami. Nie nazywa siebie końcem lub początkiem.

– Nic nie ma początku ani końca – słyszę znów ten sam jasny głos.

Pan Jacek jest wszystkim.

Na pewno wciąż pozostaje z ducha romantykiem, urodzonym ponad półtora wieku za późno wieszczem, co nie wróży nic dobrego, a że czasy mamy takie, że nie mamy czasów, to ciężar mąk – niewypowiedzianych i niewysłowionych, ale jakże wymownych – jakie musi dźwigać na barkach i w sercu, jest brzemienny nawet dla niego. Ale z tego brzemienia urodzi się – również wspomniana – wszechmiłość. Centralnie i bez kitu.

Trudno napisać wiele o tym tekście. O samym utworze lepiej w ogóle nic. Na pewno on – w odróżnieniu od moich wywodów, od których ostatecznie i tak siebie w dużej mierze odwiodłem – ma myśl przewodnią. Stachursky, wiedziony wcześniej przez Żółtego Samoistnego Człowieka, teraz przewodzi innym(i). W nowym manifeście jednak ogranicza się (?!) do luźnego podsumowania wątków, idei, programu. Tak, by upewnić tych, którzy wciąż nie są pewni, których wciąż nęka niepokój. By ci, którzy nie wiedzą, że jego droga to droga nas wszystkich, wiedzieli. By umocnić nas… w nadziei.

Cóż[2].

Posłuchać można tutaj.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *