Stachursky – 2k19 (2019)

Kilka lat temu, gdy byliśmy we trzech na spacerze, jeden (z dwóch) kolegów oznajmił, że jedzie na Woodstock, który zresztą rozpoczynał się nazajutrz, i dodał: “jeśli chcecie jechać ze mną, to dobrze, a jeśli nie – jeszcze lepiej”.

Co do ma wspólnego z “2k19”? Być może nic. Co można napisać o płycie, o której napisano wszystko jeszcze zanim napisano cokolwiek? Jak skomentować dzieło, które już samo jest (meta)komentarzem do siebie? Znajoma w swojej uprzejmości tłumaczyła mi, że by odnieść się do czegoś, do czego chciałem, by się odniosła, gdyż jej zdanie miało dla mnie dużą wagę i niemałe znaczenie, musiałaby wznieść się na porównywalny poziom do tego, jaki został zaprezentowany w przedmiocie potencjalnych refleksji.

Dlatego – podobnie jak ona – czuję się teraz bezsilny. Nawet jeśli chodzi głownie o podobny poziom abstrakcji.

Możemy jechać po kolei. Ale nie że po kawałkach, kawałek po kawałku, albo po autorze. Stachursky jest kimś, kogo darzę – jako słuchacz-człowiek – dużą sympatią, bez warstw ironii czy protekcjonalnego spojrzenia na osobę i twórcę. Może mi się ta muzyka podobać, ale nie musi. Może mi się nie podobać, ale nie musi mieć to znaczenia.

Problemem jest/było co innego. A że w tym tekście jedynie zmącam jak na razie patykiem strumień myśli, próbując bez przekonania go zawrócić, to przytoczę (w wyborze) swoje (nie)dawne refleksje, które towarzyszyły mojemu odbiorowi (i mojemu odbiorowi odbioru) “Doskozzzy”. Można je przyłożyć do tego, jakim zjawiskiem jest “2k19” (przynajmniej do pewnego momentu – także patrząc na tracklistę – o czym w symetrycznej do tej części drugiej, zaraz po przerwie na reklamę).

***

Mówienie o czymś, że jest fajne, bo tak jest fajnie, jest takie fajne?

(…)

Dlaczego ze wszystkim musimy się kryć pod płaszczykiem ironii, czasami w dodatku wydobywając zza pazuchy szpadę, coby ugodzić i wyrazić niezgodę na… niezgodę? Czy nie możemy przyjąć bardziej… ludzkich kryteriów oceny (rozum, serce – co kto woli), tylko ze wszystkiego robić grę?

I nie, nie robię problemu. Rozprawiam o tym – krótko – z uśmiechem. Bo nie mam nic przeciwko temu, że komuś się “Doskozza” podoba. Co więcej, to dobrze, bo po to – jak myślę – powstała. Poświęciłem tyle tekstów tekstom z płyty “2009”, a muszę jakoś nawet nie tyle bronić swojego zdania, ile wręcz wzbraniać się przed jego wyrażeniem?

Według mnie jest to utwór (..) pokazujący, że ironia jest mieczem obosiecznym. Bo jeśli ktoś tutaj kręci bekę, to Stachursky. Ale inni sami decydują z kogo.

(…)

Ludzi też zaczniemy darzyć sympatią/uczuciem… dla zabawy?

Na teksty sprzed dekady (czy dwóch) można spojrzeć tak, jak spogląda się często na teksty kultury w esejach/recenzjach dotyczących dzieł poetyckich. Tam też interpretatorzy wynajdują rzeczy, o jakich nie śniło się pewnie autorom, ale nie robią tego, by ich wyśmiać, tylko by wyrazić podziw/uznanie/aprobatę. Szczerze. Z szacunkiem.

I bądźmy tacy sami w tym przypadku. Tacy sami dla wszystkich. Skoro (…) jednym wytykamy nieszczerość, wręcz szkodliwość, to sami nie bądźmy nieszczerzy wobec siebie i innych, nikomu nie szkodźmy.

***

Ale dobrze. To, co jest żartem (z kogo? z czego?), mamy za sobą. Posłuchajmy muzyki. Resztę porzućmy, weźmy w nawias i dajmy jej spokój.

Podoba mi się “Gdy nie ma Ciebie”. To takie Modern Talking przetłumaczone na słowno-muzyczny język, jakim posługuje się Jacek Łaszczok w utworach znanych tym, którzy nie wiedzą pewnie nawet, czym jest mem (chyba że najmniejszą jednostką informacji kulturowej). “Moje serce” to Reni Jusis z najlepszych lat skrzyżowana z Norbim (ten najlepsze lata przeżywa pewnie teraz). Tekst “nie będę brał Cię w aucie / (…) / i lepiej pogódź się z tym” (“Funky rider”) jest takim follow-upem, jakiego niejeden spośród rodzimych raperów, którzy z kolei w większości dobrego czasu ostatnio nie mają, mógłby Stachursky’emu zazdrościć. Za sprawą “Szampana i truskawek” do grupy zazdrośników mogą śmiało dołączyć discopolowcy. A w “Moim pragnieniu” przez chwilę jest nawet – tak, tak! – Ciechowskim. W wariancie disco.

Widać pewne punkty wspólne z wydaną w tym samym dniu “Muzyką współczesną” Pezeta. Tutaj również znalazło się kilka utworów starszych, znanych już wcześniej, być może powstałych w czasie, kiedy jeszcze płyta nie była nawet w planach (“Funky rider”, “Szampan i truskawki”, “Pożegnanie naszych ciał”). Podobnym sprytem co Paweł Kapliński wykazał się Jacek Łaszczok przy wyborze singli, wyraźnie sprofilowanych pod takiego odbiorcę, który nie znajdzie tu dla siebie zbyt wiele (a może wręcz nie będzie mieć czego szukać), gdy wybrzmią ostatnie dźwięki “Zaginaaay”. Dlatego, że kto by sięgał po płytę dla muzyki? W 2k19? Phi! Ponieważ nie uważam się za jedną z takich osób, i nie do mnie te podchody, to kręciłem nosem. I kręciłem głową, widząc reakcje – niekoniecznie z niedowierzaniem. Co więcej, założyłem nawet, że nie będę oceniał tej płyty, po prostu coś przy okazji – i z okazji skrzętnie korzystając – coś napiszę, choćby zupełnie bez sensu. Ale gdy skończą się “wiksiarskie” single, które bronią się tak, iż nie mam serca ich atakować (“Zimną lufę” nawet lubię, to znaczy ten utwór), robi się tak przyjemnie nie na czasie, tak uroczo staroświecko, są tutaj tak bezpretensjonalnie ładne melodie, a Stachursky swoim charakterystycznym głosem rzuca tak proste linijki, że nie zdziwię się, jeśli byłby ghostwriterem niejednej polskiej gwiazdy pop. Miło się tego słucha, gdy zapomnieć o tych wszystkich (niezalowych) ironistach, widzących w wokaliście jakąś ikonę, którym jednocześnie wydaje się, że mogą ją – niczym ostatnio pan Darski – deptać. I zamykając ten akapit klamrą, dodam, że “2k19” jest płytą, której się zwyczajnie lepiej słucha od tej wspomnianej.

Już widzę głosy, że cała druga połowa płyty nie jest warta uwagi, że zawód, i że nie ma z czego “kręcić beki”, ale przyjmuję – i odbieram – Stachursky’ego jako kogoś, kim jest, kim był. Widzę go takiego, jaki(m) istnieje w zbiorowej świadomości, jednocześnie zdając sobie sprawę, że jest to przede wszystkim tak inteligentny facet, by umieć pewne tendencje wykorzystać i czerpać z nich korzyści (przede wszystkim finansowe). Nagrał – co nie kłóci się z owym wyczuciem – album, który mógłby nagrać równie dobrze dwadzieścia lat temu. Może wtedy byłby nawet lepszy. Choć może to raczej zbiór piosenek, takie – jakże to banalne – pudełko czekoladek. Ale że można sobie sprawdzić, która ma jaki smak, to wystarczy te niedobre zostawić tym, którym będą smakować. Każdy bowiem lubi co innego. A nie lubić można najwyżej sytuacji, w której nie każdy potrafi się z tym pogodzić.

Pokój!

***

Interpretacje tekstów z “2k19”:
DOSKOZZZA
ZIMNA LUFA
TO MOJA DROGA

I tych dawniejszych:
DOSKO
CHŁOSTA
VADEMECUM DJ’A


STACHURSKY, 2k19, Universal

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *