słowo na niedzielę (#1): czy rapsy schodzą na-psy?

Od znajomego rapera, który za sprawą specyficznej ksywki przegrywa w algorytmach Youtube’a za swoim czeskim kolegą po majku, słyszałem kiedyś, że lektura moich tekstów o płytach z tego gatunku jest interesująca, bo pozwala spojrzeć na owe dzieła z perspektywy kogoś, kto w rapsach nie siedzi. Niedawno zaś – choć tutaj decydowł raczej osobisty, może zbyt osobisty stosunek do mnie i specyfika “zaangażowanego” pisania – ktoś, kto moje próby raz głęboko poważa, raz ma w głębokim poważaniu, powiadał, iż tutejsze postrecenzje (w jej wariancie: pOSTREcenzje) da się czytać, ale warunek jest jeden: muszę pisać o tym, co mnie nie interesuje. No to tak będzie.

Smutkiem przejmowało mnie w minionych dwunastu miesiącach – i zdarzyło się to już raz czy dwa razy w styczniu – to, iż na rapowe płyty, które innych ruszają, reaguję wzruszeniem ramion. A może: na rapowe zjawiska? I podobają mi się albo rzeczy klasyczne (Bonson), albo takie, które formę traktują użytkowo czy wręcz jako już zużytą, poddając ją specyficznemu recyklingowi (Syny), czasem z chłodną (?!) ironią (młody π) i nie tyle starają się ją wypełnić, ile muszą się w niej zmieścić. Jednak to, co idzie po linii (czasu? najmniejszego oporu?) i pod czaszką ma wytatuowane “2k18” (teraz: 2k19) nie chce trafić do głowy nieśmiałego truskulowca, który debiuty części krajowych weteranów może – przynajmniej w teorii – pamiętać.

Nie chcę zżymać się na to, że istnieją artyści, którym potencjał, podparty specyficzną (nie)wrażliwością, pozwala adresować twórczość do publiki w wieku gimnazjalnym, nawet jeśli same gimnazja za moment odejdą ostatecznie w niebyt. Nie wiem, czy należy rozgraniczać pojęcie talentu i sprawności, czy one się wzajemnie wykluczają, ale odnoszę wrażenie, że bazując na znanych mi przykładach – owszem. Ale powiedzmy, że ktoś, kto potrafi skroić rap na miarę (potrzeb i oczekiwań), to nie jest tak ważne, czyje oczekiwania i potrzeby zaspokaja. W końcu publika urodzona już po tym, jak krajowa scena wydawała na świat swoje najdorodniejsze potomstwo, postrzega ich ojców bardziej jako nestorów. Co ciekawe, z mojej perspektywy takie trapy, w które młodzi emce wpadają (a ich słuchacze: dają się złapać), nie są pułapką właśnie dla owych nestorów. Że wspomnę o takim Tede. Ale Tede – obok stojącego trochę na drugim biegunie, gdy idzie o moje sympatie Pezeta – to bodaj najsprawniejszy polski raper.

Ale piórem – by dokonać ostatecznego rozgraniczenia między sprawnością a talentem – nikt nie dorówna(ł) Tymonowi.

Może problem w tym, że ponad sprawność techniczną (i intelektualną, jeśli nie jest odpowiednio wykorzystywana) przedkładam serce. Nie chodzi o to, by raper kochał rap, nawet by szanował, ale po pierwsze – co banalne – musi mieć coś do powiedzenia, a nie tylko mieć gadane. Kreacja nie prześcignie oddania, a gładkie (lub brudne) wersy, które przyszły z głowy, raczej do głowy nie trafią. Nie do mojej.

Zaczynam coraz bbardziej lawirować w abstrakcji, więc pora na… abstrakt. Wyliczę ksywki gości, których płyty oceniłem w zeszłym roku (i na początku obecnego) na 1.5 lub mniej (w pięciopunktowej skali): schafter, Koza & Ozzie, Młodszy Joe, Zeus, Bedoes, Taconafide, Rogal DDL, L.U.C, ReTo, Sowa (cóż), Holak & Frosti Rege, Jędker. Z klasyki jeszcze wspólna płyta Człowieka Nowej Ery i Wujka Samo Zło (pozdrówki dla wspomnianej we wstępie dziewczyn, przez którą sięgnąłem po ten album, zresztą sięgam właściwie po każdy, o którym wspomni). Większość można wrzucić do jednego wora (nie twierdzę, że ów wór też można gdzieś wrzucić), Sowę potraktować jako przykład tego, jak patologiczne zjawiska potrafią się pojawić za sprawą nowych mediów, a Rogala DDL przemilczeć. Zostaje L.U.C, który jako artysta multidyscyplinarny uparł się na to, by uprawiać dyscyplinę, w której jest trochę jak sprinter z wystającym spod koszulki brzuchem piwnym, Zeus, który znalazłszy szczęście i harmonię, pogubił się całkiem, Jędker, któremu w poczet zasług i zalet można zaliczyć wiek i staż sceniczny… I to wszystko. ReTo z Bedoesem to dwójka będąca cieniem cieniującego duetu Taconafide. Rogal DDL to taki PRO8L3M przefiltrowany przez wrażliwość Popka (wielki nieobecny na liście). O jedynym z tych wszystkich młodych i młodszych wartych uwagi wspomniałem wcześniej. Ach, jeszcze ĆpajStajl, do słuchania którego zmuszałem się niemal ze łzami w oczach, ale że nie wystawiłem oceny na RYM-ie – uznawszy, że tutaj to może coś serio ze mną – ale może w największym stopniu skłonił mnie do tego, by próbować uporządkować – bez wyraźnych skutków – chaos myśli.

W lutym pojawi się nowy Sokół, jak zwykle w tym miesiącu wyjdzie też O.S.T.R., na początku marca będziemy mieć kolejny PRO8L3M. I może ból głowy, zamiast bólu serca, gdy przyjdzie oceniać te płyty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *