Siedem grzechów głównych, czyli dlaczego Andrzej Stasiuk to nie AS

Przydałyby się dwa zdania wstępu, ale sformułuję tylko jedno, w którym wyrażę (własne!) przekonanie, że poniższe akapity są właśnie (przewijalnym!) wstępem – do zamieszczonych pod tekstem zdjęć.

1. Pycha.
Artyści, szczególnie ci więksi (nie tylko posturą), myślą pewnie w sposób odległy mi dalece, zatem ani wejść w ich buty nie mogę (byłbym się utopił), ani poczuć, jak to jest ich w skórze (odłaziłaby). Więc jeśli ktoś taki przeszarżuje, przeszacowawszy swój potencjał, a para pójdzie w gwizdek tak, że uszy spuchną od świstu, to nie mnie o tym. Dlatego zostawię tylko link podglądowy, by każdy miał (p)ogląd.

2. Chciwość.
Panu Stasiukowi mało. Mało, że sam pisze. Jeszcze wydaje książki. I to nie swoje! Nie przyłapałem go na tym, by żenił ludziom jakiś kit, raczej logo Wydawnictwa Czarne stanowi jeśli nie gwarancję, to przynajmniej obietnicę pewnej jakości, ale skoro ten tekst jest pełen och-śmiertelnie-poważnych zarzutów, to czemu nie sformułować tego?;)

3. Nieczystość.
Pisarz i poeta żyje i tworzy w Wołowcu, maleńkiej wsi w Beskidzie Niskim. Nie podejrzewam, by straszne były mu jakieś zajęcia bądź by wzbraniał się przed brudzeniem sobie rąk, więc gdy pomyśleć najprościej, mając na uwadze specyfikę codziennego egzystowania w takim (malowniczym) miejscu, zakładam, że nie może pozwolić sobie udać się na zasłużony odpoczynek bez uprzedniej kąpieli.

4. Łakomstwo.
Tu zacznę kierować wektor – bo przecież nie ostrze – swej niekrytycznej krytyki (bowiem krytyka – jak słusznie zauważył mój kolega – nie polega na krytykowaniu) w inną stronę. Nie sądzę, by pan Stasiuk – choćby jako głowa (serce? mózg?) własnego wydawnictwa – narzekał, że mu nakłady nie schodzą, i że nie zwracają się nakłady finansowe, toteż tym, którzy ściągają jego kolejne dzieła z księgarnianych półek, by łapczywie je pochłonąć, niemal rokrocznie ma coś nowego (lub odgrzewanego jeśli ktoś ma inny… smak) do zaproponowania, więc głodnym i nieumiarkowanym nie grozi przymusowy post. Ot, taki Tede/O.S.T.R. wśród pisarzy.

5. Zazdrość.
To akurat mój grzech, ale jest on jednocześnie najcięższy. Ponieważ pierwotny pomysł zakładał wyliczeniu dziesięciu przewin (obecny wariant jest rodzajem kompromisu), równie pierwotny wariant tekstu wyglądał tak:

1. Jest guru mojej Ukochanej.
2-10. Nadal pisze.

Zostałem poprawiony, że nie jest, więc mógłbym zmienić na “był” i wrzucić w takiej formie. No ale trzeba dać coś od siebie. I kierować to szerzej #zasięgi.

6. Gniew.
Tutaj też muszę uderzyć się w pierś, choć winy niekoniecznie żałuję. Może to gniew powodował, że czytając jego książki, zadawałem – nie tylko sobie – pytanie, czy ów pan potrafi napisać choć jedno normalne zdanie, takie niemanieryczne, pozwalając sobie przy tym ostatecznie na jakże odważną uwagę, iż jest zdolnym grafomanem. Więc pewnie to także zazdrość, że ani ja porównywalnie zdolny, ani tak płodny.

7. Lenistwo lub znużenie duchowe.
Twórca o takiej pozycji (w końcu guru, ponoć całego pokolenia, do którego jak się zdaje, sam należę) niewiele musi, nawet jeśli wciąż wiele może. Skutkuje to tym, że choć wciąż płodny i ochotny, to już niekoniecznie zapładnia chłonne umysły i uwodzi wrażliwe duszyczki z podobną skutecznością co przed (kilkunastoma) laty. Osiąść na laurach jest bowiem łatwo.

Szczególnie tych zasłużonych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *