Sabaton – The Great War (2019)

Sabaton. Sabaton to nie Batushka, więc nie wiem, czy to ma sens – arytmetyczny! – pisać o “The Great War”. Sabaton jest jeden, aż jeden, a Batushki – tylko dwie. Szwedów nie puszczają już między wiadomościami a prognozą pogodą w TVP1 (a tak było!), oficjele przestali oprowadzać sympatycznych i skonfundowanych muzyków po naszych polach bitew, ci zaś grają nie na polskich festynach, a na zachodnich festiwalach, no ogólnie trochę ten hype na polskich patriotów z północy minął, ale…

Właściwie nie powinno być żadnego “ale”…

No dobrze. Nie dołączę do chóru śmieszków, że Sałaton, że coś tam, ale gdy słucham tej muzyki – i sięgam po wcześniejsze albumy – to brzmi ona jak budżetowa, wyblakła, pozbawiona resztek zmysłu kompozycyjnego i pomysłów wersja Nightwish (tam chociaż przez chwilę mieli świetną wokalistkę), w której patos pseudogotycki zostaje zastąpiony patosem pseudowojennym. Nie kręci mnie robienie piosenek z notek przeczytanych w Wikipedii, z czego Sabaton słynie, nie porywa osadzanie konceptu na parapetach (już wolę takie patenty w black metalu późnej drugiej fali), nie chwytają mnie melodie, które rozpadają się – niczym loopy Basinskiego – już w czasie wybrzmiewania, a kiedy mówię, że lubię solówki gitarowe, to nie mam na myśli takich wprawek, jakie słyszę co chwilę na “The Great War”.

Sabaton plays Sabaton. To brzmi właśnie tak… jak brzmi. Właśnie tak niedobrze.

Do dziś nie rozstrzygnąłem – i nowa płyta tego nie zmienia – skąd pomysł nazywania Sabatonu zespołem powermetalowym. Nie twierdzę, że to nie to, bo Joakim Brodén nawet nie zająknie się o rycerzach i smokach, ale przy całym dystansie do stylistyki, jaki mam (nie jest to jednak dystans ironiczny ani jawna niechęć), to kiedy postawić ten zespół nawet obok wyśmiewanego poprzedniego Dragonforce’a… Nie, to nie stało obok. Jest to muzyka, no ten, symfoniczna, owszem, niewątpliwie podniosła (często podnosi się przy niej powieki, które stają się coraz cięższe, a więc i ciężką można ją nazwać). Bardziej kojarzy się z takim Rammsteinem, takim widowiskiem o nieco kabaretowym wydźwięku, niewątpliwie atrakcyjnym, gdy idzie o zaspokojenie niewyszukanych potrzeb, choć i w tym przypadku jest to wersja budżetowa. Nawet ten angielski w obu przypadkach jest podobnie… subtelny.

Lecą sobie te piosenki, przelatują, i czego w nich nie ma… A no wszystko jest. Patetyczne refreny, natchnione chóry, barokowe orkiestracje, marszowe gitarowe pochody, agresywne wokale, ostre jak brzytwa i szybkie jak strzała sola… Tylko czegoś, co kazałoby spędzić z “The Great War” więcej niż czterdzieści minut, zabrakło.

I tym czymś nie są takie utwory jak “hitowe” “Uprising” czy “40:1”. Jest za to “In Flanders fields” – wiersz Johna McCrae w wykonaniu chóru (prawdziwego!) i bez podkładu – jako outro. I całe “The Great War” staje się zupełnie malutkie. Ale ze względu na wzmiankowane tutaj aspekty zasługuje na stosunkowo wysoką ocenę.


SABATON, The Great War, Nuclear Blast

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *