Rammstein – Rammstein (2019)

Nie jest to może beznadziejna sprawa – jak śpiewał, w sprawie swojej, ni-czyjej innej, poeta Budzyński – ale nowy Rammstein, choć wchodzi bez problemu, problemów nastręcza sporo. Jest ich na tyle dużo, że musiałem zacząć od zdania, które mogłoby być podsumowaniem. Tak samo jak ten imienny (łamane przez pozbawiony tytułu) to dla Niemców równie dobrze klamra spinająca cały dorobek co początek nowego rozdziału. Rozdziału (o)powieści, której tworzenie zostanie pewnie na nim zarzucone.

Czym jest grupa Till Lindermanna – wiadomo. Sama siebie definiuje – nie na nowo – już w kreatywnie odtwórczym i przyjemnie nudnym singlu “Deutschland”. Czym stawała się w momentach nieco słabszych – czyli przez ostatnie piętnaście lat – przypomina w singlu kolejnym (“Radio”). Następnie (“Zieg dich”) każe się przez chwilę zastanowić, czy nie jest to jakimś cudem (?!) nowy Nightwish. Ale ogólnie myśleć tu i rozwodzić się nie ma nad czym. W drugiej części płycie, bardziej balladowej, można się rozmarzyć. Albo rozkojarzyć. W zależności od oczekiwań i podejścia (dla mnie “Diamant” to faktycznie taki maleńki diamencik).

Zaczynam błądzić. Słuchałem tej płyty wielokrotnie. Trudno powiedzieć dlaczego. Tym bardziej że już przy pierwszym podejściu trudno nie odnieść wrażenie, że słyszało się to wszystko wcześniej, lata wcześniej, nawet wówczas często bez dostrzegalnego entuzjazmu. Mamy więc przelot właściwie przez całą dyskografię – jedynie terytoria “Rosenrot” wydają się wyraźnie pominięte; czy słusznie, nie wiem – który czasem jest pikowaniem, ale…

Nie, żadnych metafor związanych z lataniem. Sam się biję po rękach, i biję się w pierś. Nie było to zamierzone. A wystarczy sobie przypomnieć, skąd wzięła się nazwa grupy.

Grupy, której miałbym za złość powrót, gdyby nie to, że po swoim osiągnięciu (“Reise, Reise”, 2004) pozostała aktywna na rynku fonograficznym jeszcze przez pół dekady. Myślę więc o tym nie jako o powrocie do formy, tylko godnym pożegnaniu. Grupy, która wydaje się tylko ciekawostką, pewnym zjawiskiem. Na szczęście nie przeoblekła się w osobliwość, której słuchałoby się z zażenowaniem zmieszanym ze współczuciem.

Tylko naprawdę trudno pisać o tej płycie. Jest idealnie przeciętna. Rammstein gra Rammsteina. Rammstein jest Rammsteinem. Rammstein nie wymyśla prochu, ale nie spalił się jeszcze. Podobnie jak siarka na okładkowej zapałce. Rammstein umie wciąż narobić dymu (choć już głównie otoczką/oprawą (vide klip do “Deutschland”). A ile w tym ognia? Komu potrzebna była ta płyta? Zespołowi? Kto trzymał kciuki? Kto przygryzał nerwowo paznokcie?

Kogo ta muzyka interesuje nawet nie w 2019 roku, ale teraz, w chwili, gdy piszę te słowa, nieco ponad trzy i pół doby po premierze? Kogo kręci kwadratowa elektronika pożeniona z grubo ciosanymi (ale bez ostrych krawędzi) metalowymi riffami? Kogo bawi typowo niemiecki humor?

Nawet jeśli #nikogo, to hej, całkiem fajny ten “Rammstein”, nie spodziewałem się.


RAMMSTEIN, Rammstein, Universal

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *